About: dbkwik:resource/0xH06l4pe2m5PzdF3VDFVQ==   Sponge Permalink

An Entity of Type : owl:Thing, within Data Space : 134.155.108.49:8890 associated with source dataset(s)

AttributesValues
rdfs:label
  • Zima pośród lodów/14
rdfs:comment
  • Gdy Ludwik Cornbutte rozpalił w piecu, Penellan, Misonne i Vasling powstali z łóżka i sku­pili się około ogniska. Penellan zabrał się do zgotowania kawy, która była wielce pokrzepiającym napojem, a Marya przyrządzała posiłek ranny. Ludwik zbliżył się wówczas do łóżka, na któ­rém spoczywał jego ojciec; biédny starzec leżał bez najmniejszego ruchu, mając nogi stoczone przez straszliwą chorobę. Zaledwie dosłyszalnym głosem szeptał on słowa, które rozdziérały serce synowskie. — Ludwiku — mówił — ja chcę już umrzéć. Jakże okropnie cierpię... ratuj mnie! — Wszak wiész, gdzie są cytryny?
dbkwik:resource/JvmuHjXQYc_EMmq-yMXeWg==
dbkwik:resource/WglBShsp9V9mYtToH6YeZw==
  • Rozdział XIV
dbkwik:resource/X7l0opWu667RHDeQudG4LA==
adnotacje
  • Dawny|1880 r
dbkwik:wiersze/pro...iPageUsesTemplate
Autor
  • Juliusz Verne
abstract
  • Gdy Ludwik Cornbutte rozpalił w piecu, Penellan, Misonne i Vasling powstali z łóżka i sku­pili się około ogniska. Penellan zabrał się do zgotowania kawy, która była wielce pokrzepiającym napojem, a Marya przyrządzała posiłek ranny. Ludwik zbliżył się wówczas do łóżka, na któ­rém spoczywał jego ojciec; biédny starzec leżał bez najmniejszego ruchu, mając nogi stoczone przez straszliwą chorobę. Zaledwie dosłyszalnym głosem szeptał on słowa, które rozdziérały serce synowskie. — Ludwiku — mówił — ja chcę już umrzéć. Jakże okropnie cierpię... ratuj mnie! Ludwik w nieméj rozpaczy powziął zamiar stanowczego kroku. Podszedł do Vaslinga i rzekł:­ — Wszak wiész, gdzie są cytryny? — Zapewne w składzie — odrzekł porucznik bez wahania. — Wiész dobrze, że ich tam już niéma, ponie­waż je ukradłeś! — Jesteś tu panem, kapitanie — odrzekł Va­sling szyderczo — wolno ci mówić i czynić wszyst­ko, co się podoba. — Przez litość, poruczniku, mój ojciec jest umiérający! Ty go możesz zbawić! Odpowiédz, gdzie są cytryny? — Nie mam nic do odpowiadania — odrzekł Vasling. — Łotrze! — krzyknął Penellan, rzucając się nań z nożem w ręku. — Do mnie, towarzysze!... — zawołał Vasling, odbijając zadany sobie cios. Aupic i dwaj Norwegczycy skoczyli na równe nogi z łóżek i znaleźli się wnet przy jego boku. Misonne, Turquiette, Penellan i Ludwik przybra­li postawę obronną. Nouquet i Gradlin, jakkol­wiek chorzy, pośpieszyli im z pomocą. — Jesteście jeszcze za silni — mruknął Va­sling — nie chcemy z walni walczyć... chyba tylko na pewno. Témczasem nasi marynarze porzucili chętnie starcie, bo przewidywali, że przy osłabieniu mogło stać się dla nich niebezpieczném. — Andrzeju Vasling — rzekł tylko Ludwik Cornbutte pewnym głosem — jeżeli mój ojciec umrze, zabiję cię, jak psa! Vasling nic nie odrzekł, ale wraz z towarzy­szami usunął się w najdalszy kąt. Należało znów postarać się o drzewo i pomi­mo zimna, Ludwik Cornbutte wyszedł na pomost i zabrał się do rąbania dalszéj części parapetu, lecz po upływie kwadransa musiał wracać, aby nie zmarznąć. Przechodząc, spojrzał na zewnętrz­ny termometr. Merkuryusz w rurce stężał od zimna. A zatém przeszło ono cztérdzieści dwa stopnie niżéj zera. Powietrze było suche i jasne, wiatr dął od północy. W dniu 26 stycznia kierunek-wiatru się zmie­nił na północno-wschodni, a termometr podniósł się do trzydziestu pięciu stopni pod zerem. Jan Cornbutte był w stanie konania, a syn jego na­ próżno szuka! środków ratunku. Tego dnia, spoj­rzawszy z nienacka na Vaslinga, Ludwik spo­strzegł że porucznik trzymał w dłoni cytrynę, którą właśnie miał zamiar spożyć. Kapitan wy­rwał mu ją, a Vasling pokrył to milczeniem. Wi­doczném było, że czeka on tylko sposobności, aby urzeczywistnić swoje zdradzieckie zamiary. Sok cytrynowy orzeźwił i wzmocnił cokol­wiek chorego starca, ale należało używać go cią­gle, aby stał się uzdrawiającém lekarstwem. Marya na kolanach błagała Vaslinga o cytryny; nie odrzekł jéj ani słowa, a Penellan słyszał, jak mówił do swoich stronników: — Stary lada chwila umrze; Gervique, Gradlin i Nouquet mają się coraz gorzéj. Inni tracą siły z każdą chwilą i przyjdzie dzień, w którym życie ich będzie należało do nas! Wypadało się koniecznie zdecydować na krok stanowczy, to téż Ludwik Cornbutte i jego towarzysze postanowili korzystać jaknajprędzéj z resztki sił, jaka im została, i uderzyć na nieprzyjaciół, aby uniknąć później walki, któraby musiała za­mienić się w pewną klęskę. Należało ich poza­bijać, aby nie zostać przez nich zabitymi. Temperatura podniosła się nieznacznie. Korzystając z tego, Ludwik Cornbutte wyszedł ze strzelbą, w zamiarze zdobycia jakiegoś pożywienia. Oddalił się o trzy mile od statku, a wprowa­dzony w błąd dziwném zjawiskiem świetlném, które sprawia iż rzeczy dalekie zdają się być bar­dzo blizkiemi, kroczył nieopatrznie coraz daléj. Na śniégu dały się spostrzegać świeże ślady dzi­kich zwierząt. Mimo to, Ludwik nie chciał wra­cać z próżnemi rękoma i szedł wciąż. Naraz do­znał dziwnego uczucia, połączonego z silnym za­wrotem głowy, który marynarze, dobrze obezna­ni z okolicami podbiegunowemi, nazywają „białym obłędem.“ Widma wzgórków lodowych i płaszczyzna zdawały mu się kręcić przed oczyma, to wyżéj, to niżéj; odbite promienie światła przedziérały mu się do wzroku w barwie tak uparcie białéj, iż czuł że białość ta sprawia w nim omdlenie i sądził że przyprawi go o szaleństwo. Nie zdając sobie jednak sprawy z tego zjawiska, szedł wciąż daléj za jakimś ptakiem, którego wreszcie położył trupem. Ptak zakręcił się w powietrzu i spadł, a Lu­dwik by go podnieść, skoczył ze wzgórka na pła­szczyznę. W skutek złudzenia jednak wzrokowego, upadł ciężko, bo skoczył z wysokości dzie­sięciu stóp, sądząc że było dwie najwyżéj. Szał opanował go na dobre; nie potłukłszy się zbytecznie, począł wołać z całéj siły o ratunek. Dopiéro dojmujące zimno wróciło mu przytomność; in­stynkt zachowawczy począł znów być czynnym i Ludwik podniósł się z ciężkością. Kiedy stanął na nogach i rozejrzał się wokoło, poczuł szczególną woń przypalonéj tłustości. Po­nieważ wiatr wiał od strony statku, przeto widoczném było, że woń ta ztamtąd przychodziła, ale Ludwik nie mógł pojąć, w jakimby celu sma­żono tam tłuszcz, którego zapach mógł z łatwością ściągnąć całe stada białych niedźwiedzi. Ludwik zawrócił się w drogę ku okrętowi i gdy zbliżył się ku niemu, dziwny widok wstrzą­snął trwogą, i tak już podrażniony niepokojem umysł jego. Zdawało mu się, że jakieś olbrzymie masy poruszają się na widokręgu i zapytywał się, czy nie jest to znowu trzęsienie lodów? Masy te znajdowały się na przestrzeni pomiędzy nim a okrętem i zdawało się, że się one czepiają bo­ków statku. Zatrzymał się, aby się przyjrzéć baczniej temu dziwnemu zjawisku, a trwoga jego dosięgła najwyższego stopnia, gdy spostrzegł że owe masy poruszające się są to olbrzymie, białe niedźwiedzie. Zwierzęta te przyszły tutaj, znęcone zapa­chem tłuszczu, który poprzednio zadziwił tak Ludwika. Ukrył on się teraz za wzgórkiem i śle­dząc bacznie, naliczył trzy niedźwiedzie, które usiłowały dostać się na pokład Nieustraszonego. Nie miał powodu przypuszczać, że niebezpie­czeństwo, które miało spaść na jego towarzyszów było im już znane, i okropna boleść ścisnęła mu serce. Jakże się oni oprą tym niespodzianym, a prawie niezwyciężonym wrogom? Czyli An­drzéj Vasling i jego stronnicy połączą swe siły w walce o wspólne bezpieczeństwo? A Penellan i inni, osłabieni lichém pożywieniem, wycieńczeni przez zimno i choroby, czy téż zdołają, stawić skuteczny opór tym straszliwym bestyom, któ­rych głód nienasycony sprowadził na okręt? Ludwik Cornbutte z trwogą snuł te dręczące myśli, gdy tymczasem niedźwiedzie okrążyły wzgórek, na którym spoczywał okręt, i znalazły się po przeciwnéj jego stronie. Wówczas Ludwik zbiegł szybko z lodowca, na którym siedział ukryty, i podszedł, czołgając się, ku statkowi; w téj chwili niedźwiedzie szarpały płótno, pokrywające pokład, i przez wydarte otwory wdziérały się do wnętrza. Ludwikowi przyszła myśl dania strzału, któryby zbudził baczność osady, ale opu­ścił ręce... bo czyliż jego towarzysze, wybiegłszy na pokład bez żadnego uzbrojenia, nie zostaliby w jednej chwili rozszarpani przez te straszne zwie­rzęta? A nic nie świadczyło, iż wiedzą oni o grożącém niebezpieczeństwie.
Alternative Linked Data Views: ODE     Raw Data in: CXML | CSV | RDF ( N-Triples N3/Turtle JSON XML ) | OData ( Atom JSON ) | Microdata ( JSON HTML) | JSON-LD    About   
This material is Open Knowledge   W3C Semantic Web Technology [RDF Data] Valid XHTML + RDFa
OpenLink Virtuoso version 07.20.3217, on Linux (x86_64-pc-linux-gnu), Standard Edition
Data on this page belongs to its respective rights holders.
Virtuoso Faceted Browser Copyright © 2009-2012 OpenLink Software