About: dbkwik:resource/OHs8NzjNtGaxh6KCOLeDFQ==   Sponge Permalink

An Entity of Type : owl:Thing, within Data Space : 134.155.108.49:8890 associated with source dataset(s)

AttributesValues
rdfs:label
  • Podróż do Bieguna Północnego/I/08
rdfs:comment
  • Część osady filozoficznie przyjęła tę nową ucią­żliwą pracę, ale druga część utyskiwała, choć nie odmawiała jeszcze posłuszeństwa. Garry, Pen, Bolton, Gripper, zajmując się przygotowaniem przyrządów, objawiali swe poglądy na tę sprawę. — Szatan wie, rzekł Bolton, zkąd mi na myśli stoi oberża na ulicy Water, gdzie tak dobrze czło­wiekowi między szklanką dżynu a buteleczką por­teru? Słuchajno Gripper, czy ty widzisz ztąd tę oberżę? — Prawdę mówiąc, odrzekł majtek zaczepiony, znany ze swego kwaśnego humoru, nie mogę jej ztąd dojrzeć. — To sobie przypomnij, rzekł Bolton, co ci do­któr gadał.
Tytuł
  • |1
dbkwik:resource/JvmuHjXQYc_EMmq-yMXeWg==
dbkwik:resource/WglBShsp9V9mYtToH6YeZw==
  • Część I
  • Rozdział VIII
dbkwik:resource/X7l0opWu667RHDeQudG4LA==
adnotacje
  • Dawny|1876 r
dbkwik:wiersze/pro...iPageUsesTemplate
Autor
  • Juliusz Verne
abstract
  • Część osady filozoficznie przyjęła tę nową ucią­żliwą pracę, ale druga część utyskiwała, choć nie odmawiała jeszcze posłuszeństwa. Garry, Pen, Bolton, Gripper, zajmując się przygotowaniem przyrządów, objawiali swe poglądy na tę sprawę. — Szatan wie, rzekł Bolton, zkąd mi na myśli stoi oberża na ulicy Water, gdzie tak dobrze czło­wiekowi między szklanką dżynu a buteleczką por­teru? Słuchajno Gripper, czy ty widzisz ztąd tę oberżę? — Prawdę mówiąc, odrzekł majtek zaczepiony, znany ze swego kwaśnego humoru, nie mogę jej ztąd dojrzeć. — To też ja tylko tak mówię, odparł Bolton; w tych miastach ze śniegu, które doktór Clawbon­ny tak podziwia, niema ani jakiej takiej szynko­wni, w którejby porządny marynarz mógł sobie odwilżyć gardło porcyjką wódki. — Na to zgadzam się z tobą; powiem nawet, że tu w ogóle niema nic, czemby się dało gardło od­wilżyć i orzeźwić ciało. Co to za myśl, żeby od­mawiać wódki ludziom podróżującym po morzach północnych! — A czyżeś zapomniał co ci prawił pan doktór? trzeba unikać wszelkich napojów rozpalających, jeśli się nie chce być narażonym na szkorbut, a chce się być zdrowym i zajść daleko. — Ależ ja bynajmniej nie pragnę iść daleko! ju­żeśmy się i tak zbyt zaawanturowali chcąc się przedrzeć tam, gdzie djabeł nas puścić nie chce. — A więc się tam nie dostaniemy! wtrącił Pen. Co do mnie, to już i zapomniałem jak dżyn smakuje. — To sobie przypomnij, rzekł Bolton, co ci do­któr gadał. — Łatwo mu gadać, odparł Pen swym grubym, twardym głosem. Pytanie jeszcze, czy pod pozo­rem zachowania nam zdrowia, nie robią tu na nas oszczędności? — Ten djabeł Pen może ma słuszność, rzekł Gripper. — Dajże pokój, odparł Bolton — na to ma on nos zbyt czerwony; jeśli mu trochę zbieleje w tym klimacie, to Pen nie będzie miał powodu narzekać. — Co ty się zajmujesz moim nosem? zawołał opryskliwie Pen, dotknięty w najsłabszą swą stro­nę. Mój nos nie potrzebuje twoich uwag, ani cię o nie prosi. Pilnuj lepiej swego! — No no! nie gniewaj się, nie myślałem żeby twój nos taki był drażliwy. Przecież i ja nie wy­lałbym za kołnierz, szczególniej podczas takiej psiej pogody; jeśli jednak kieliszek wódki ma mi więcej złego jak dobrego zrobić, to się chętnie bez niej obejdę. — Ty się obchodzisz, to prawda, rzekł palacz Waren, mięszając się do rozmowy; kto wie jednak czy się obchodzą wszyscy na pokładzie. — Co chcesz przez to powiedzieć? rzekł Garry patrząc bystro w oczy Warenowi. — Chcę powiedzieć, że przecież mamy z sobą różne spirytualia, a to pewnie nie bez kozery; przypuszczam, że panowie oficerowie nie bardzo, żałują ich sobie. — A zkąd to wiesz? zapytał Garry. Waren nie wiedział co odpowiedzieć; gadał aby gadać, jak to mówią. — Widzisz Garry, rzekł Bolton, że Waren nic nie wie. — No, to zażądajmy od kapitana po porcyi wódki; zasłużyliśmy na nią, a zobaczymy co na to powie. — Jabym wam nie radził zaczynać o tem, rzekł Garry. — A to czemu? zapytali Pen i Gripper. — Bo wam odmówi. Wiedzieliście przecie jak z tem będzie, gdyście się umawiali o służbę na okręcie; wówczas trzeba było się na myśleć. — Zresztą, dodał Bolton biorący chętnie stronę Garry’ego, którego lubił za jego; charakter, Ry­szard Shandon nie jest panem na okręcie; musi być posłuszny jak i my. — A któż tu jest starszy od niego? zapytał Pen. — Kapitan. — Zawsze ten kapitan niefortunny! zawołał Pen. Widzicie przecie, że kapitana tak dobrze tu niema, jak i, szynkowni na tych ławicach lodu Wynaleźli sobie tylko grzeczny sposób odmówie­nia nam tego co się nam należy. — A jeśli jest kapitan na prawdę? bo dam dwumiesięczną mą płacę, jeśli go niema i jeśli go wkrótce nie zobaczymy. — Niechże i tak będzie, rzekł Pen; radbym po­wiedzieć temu kapitanowi parę słów w oczy. — Kto tu mówi o kapitanie? rzekł głos nowo wdający się do rozmowy. Byłto majtek Clifton, przesądny niepomału i zarazem chciwy. — Czy jest jaka wieść o kapitanie? — Nie, odpowiedziano mu jednogłośnie. — A ja spodziewam się, że się znajdzie nagle w swej kajucie, choć nikt nie będzie wiedział kie­dy i którędy przybył. — Dajże pokój! odpowiedział Bolton. Czy ty my­ślisz że on jest jaki dyablik, lub chochlik z rodzaju tych, których pełno się uwija w górach szkockich? — Śmiej się jak chcesz, Boltonie, a ja będę utrzymywał swoje. Zaglądam ja codzień przez dziurkę do kajuty kapitana i pewny jestem, że niedługo wam powiem jak on wygląda i do kogo jest podobny. — Do stu piorunów, krzyknął Pen, będzie po­dobny do wszystkich ludzi. Ale jeśli on myśli że nas poprowadzi tam gdzie nie chcemy, to mu się powie w paru słowach, że się myli. — A to wyborne! zawołał Bolton; Pen go jesz­cze nie widział, a już chce się z nim kłócić. — Jeszcze go nie widział! rzekł Clifton z miną człowieka świadomego; pytanie, czy go kto nie widział. — Co ty u djabła pleciesz? zawołał Gripper. — Już ja wiem co. — Ale my cię nie rozumiemy! — Alboż Pen nie miał już z nim nieprzyjemnego zajścia? — Z kim, z kapitanem? — Z psem-kapitanem, bo to jest jedno i to samo. Majtkowie spoglądali po sobie, nie wiedząc co odrzec. — Człowiek czy pies, mruczał Pen przez zęby, zaręczam wam, że się z nim zrobi w tych dniach porachunek. — Słuchaj Cliftonie, mówił Bolton zupełnie po­ważnie, czy ty mniemasz, że ten pies jest naprawdę kapitanem, jak Johnson żartem powiedział? — Naturalnie, odparł Clifton z przekonaniem; i gdybyście się zastanawiali tak jak ja, tobyście spostrzegli szczególne zachowanie się tego zwie­rzęcia. — A cóż ty widziałeś? mówże! — Czyście nie zauważyli z jaką on powagą spaceruje po pomoście kapitańskim i rozpatruje się w ożaglowaniu statku, jakby był deżurnym? File:'The English at the Noth Pole' by Riou and Montaut 042.jpg — To prawda, rzekł Gripper; ja nawet spotka­łem go pewnego wieczoru wspiętego przedniemi łapami na kole sterniczem. — Nie może być! zawołał Bolton. — A teraz drugie; czyż nie wychodzi on nocą na pola lodowe, nie obawiając się niedźwiedzi, ani cierpiąc od mrozu? — I to prawda, wtrącił Bolton. — A czyście widzieli kiedy, aby ta bestya szu­kała ludzkiego towarzystwa, jak to robi ka­żdy uczciwy pies? aby się kręcił około kuchni, al­bo patrzył kiedy w oczy ludziom gdy jedzą? A kiedy się oddali w nocy od okrętu na dwie lub trzy mile po lodach, to jak zacznie wyć, to cię aż mróz przechodzi — choć nie powinienby człowiek odczuwać coś podobnego w temperaturze i tak już zimnej! Zresztą, czy kto widział kiedy psa tego je­dzącego cokolwiek? od nikogo nic nie weźmie, jego porcya pozostaje nietknięta, i jeśli go kto nie żywi tajemnie, to on chyba żyje nie jedząc. Otóż jeśli to wszystko nie jest nadzwyczajne; to mnie nazwijcie głupcem. — Doprawdy i to być może, rzekł cieśla Bell, który słyszał rozumowanie Cliftona. Inni majtkowie nic nie mówili. — A ja powiem wam niedowiarki, że są tu na pokładzie mędrsi od nas, co się tem także niepo­koją. — Czy o komendancie mówisz? zawołał Bol­ton. — O komendancie i o doktorze. — I mówisz że oni są tego samego zdania co i ty? — Przecież słyszałem jak mówili o tem, i poją­łem że nic nie rozumieją; tysiąc przypuszczeń czynili, ale do niczego stanowczego nie doszli. — I mówili o tym psie to samo co ty? zapytał cieśla Bell. — Jeśli nie mówili o psie, odpowiedział Clifton naciśnięty, to o kapitanie, co na jedno wychodzi, a utrzymują, że to wszystko nie zdaje się im naturalnem. — No przyjaciele, rzekł cieśla, jeśli chcecie, to wam powiem co o tem myślę. — Mów, mów, wołano zewsząd. — Oto niema i nie będzie na pokładzie innego dowódcy jak Ryszard Shandon. — A od kogo list? rzekł Clifton. — List istnieje naprawdę, odparł Bell; jest również prawdą, że jakiś nieznajomy kazał zbudo­wać Forwarda i urządzić go do podróży między lodami. Ale gdy okręt raz już puścił się w drogę, to już nikt na niego nie wejdzie. — Koniec końców, rzekł Bolton, gdzie ma iść ten okręt? — Tego nie wiem; gdy czas nadejdzie, to Shan­don odbierze dopełnienie instrukcyj. — Ale od kogo? — Od kogo? — Tak, i jakim sposobem? dodał Bolton, coraz natarczywszy. — No Bell, gadajże, wołali inni. — Od kogo, jak?... alboż ja wiem, odparł cieśla zakłopotany. — Toć od nikogo innego, wtrącił Clifton, tylko od psa-kapitana. On już raz przecie pisał, to napi­sze znowu! O! żebym ja tylko połowę tego potrafił co to zwierzę, mógłbym być pierwszym lordem admiralicyi. — Zatem, mówił Bolton, pragnący jakiejś kon­kluzyi, obstajesz przy tem, że ten pies jest kapita­nem na tym statku. — Obstaję, odpowiedział Clifton. — Kiedy tak, rzekł głuchym głosem Pen, to jeśli to zwierzę nie chce zdechnąć w swej psiej skórze, to niech się co prędzej przedzierzgnie w człowieka, bo jakem Pen, wezmę się do niego. — A to czemu? zapytał Garry. — Bo tak mi się podoba, odpowiedział Pen szorstko; nie potrzebuję tłomaczyć się nikomu. — Chłopcy, dosyć tego gadania, rzekł Johnson nadchodzący właśnie w chwilę, gdy rozmowa mia­ła się źle obrócić; dalej do roboty, żeby te piły prędzej zostały nastawione jak należy. Trzeba przerznąć się przez ławicę lodu. — I to dziś jeszcze, przy piątku! rzekł Clifton. wzruszając ramionami; zobaczycie, że nie tak to­ łatwo przejść koło biegunowe. Istotnie, wysilenia osady okrętowej daremne były prawie zupełnie dnia tego. Forward całą pa­ry siłą popchnięty na góry lodowe, nie zdołał ich rozdzielić; trzeba było zarzucić kotwicę na noc. Nazajutrz temperatura obniżyła się więcej jesz­cze pod wpływem wiatru wschodniego; powietrze oczyściło się, i można było widzieć daleko na tych białych lodach, od których odbijające się światło olśniewało wzrok. O godzinie siódmej rano, termometr pokazywał 22 stopnie niżej zera. File:'The English at the Noth Pole' by Riou and Montaut 043.jpg Doktór miał ochotę pozostać w swej kajucie i odczytywać opisy podróży do bieguna północne­go; ale się pytał sam siebie, jak to było jego zwy­czajem, coby mu było najprzykrzejszem w tej chwili. I odpowiedział sobie, że najprzykrzejby mu było wyjść na pokład w taki mróz, i pomagać lu­dziom w ich pracy. Opuścił więc ciepły swój pokoik, i zaczął pomagać do holowania okrętu. Wyglądał wcale dobrze w zielonych okularach, które mu czyniły blask światła mniej rażącym. Później, przy obserwacyach wszelkiego rodzaju, używał okula­rów umyślnie do patrzenia w pośród śniegu urządzonych, a to dla uchronienia oczu od cierpień bardzo zwykłych w tamtych okolicach. Do wieczora Forward posunął się o kilka mil ku północy, dzięki usiłowaniom majtków i trafności rozkazów Shandona, korzystającego ze wszystkich przyjaznych okoliczności. O północy minięto sześdziesiąty szósty równoleżnik; ołowianka wska­zywała głębokość wody na dwadzieścia trzy wę­zły, a Shandon poznał, że znajduje się w miejscu, gdzie osiadł na mieliźnie okręt jej królewskiej mo­ści, Victory. Ziemia była o trzydzieści mil ku wschodowi. Ale lody dotąd nieruchome, rozdzieliły się wów­czas i zaczęły poruszać; góry lodowe zaczęły się okazywać we wszystkich stronach widnokręgu. Bryg znalazł się w pośród skał ruchomych, o nie­przepartej sile gniotącej. Kierowanie okrętem sta­ło się bardzo trudnem i powierzono je Garry’emu, najlepszemu z całej osady sternikowi. Góry groziły zamknięciem przejścia za okrętem; trzeba więc było przebyć tę flotę lodową, a roztropność, ró­wnie jak powinność, nakazywały posuwać się na­przód. Niepodobna zaś było dobrze pojąć kierun­ku okrętu przy ciągłej zmianie położenia, nie da­jącej stałej do obliczeń podstawy. File:'The English at the Noth Pole' by Riou and Montaut 041.jpg Cała załoga rozdzieliła się na dwie części; jedni pilnowali prawej, drudzy lewej strony okrętu. Zaopatrzeni w długie żerdzie ostre, zakończo­ne żelazem, odpychali lody zagrażające stat­kowi. Forward wszedł wkrótce w przejście tak ciasne, że końce jego drągów masztowych, to jest reji, dotykały ścian lodowych twardych jak skała. Postępując coraz dalej, wszedł w krętą niby dolinę, zawiewaną kłębami śniegu, i w której lody pły­wające uderzając jedne o drugie pękały z złowróżbym trzeszczeniem. Wkrótce pokazało się, że z tego wąwozu nie było wyjścia. Ogromna bryła lodu napływała szybko na okręt; uniknąć jej, zdawało się niepodo­bieństwem, a niepodobna było też wrócić, bo przejście zostało zapchane. Shandon i Johnson stali na przodzie okrętu, roz­patrując się w położeniu. Shandon prawą ręką wskazywał sternikowi kierunek, w którym ma okręt prowadzić, a lewą przesyłał Wallowi stoją­cemu obok mechanika, rozkazy odnoszące się do działania machiny. — Jak się to skończy? pytał doktór — Johnsona. — Jak się panu Bogu spodoba, odparł tenże. Bryła na ośmset stóp wysoka, już tylko o sto dwadzieścia sążni była od brygu i zagrażała mu zgnieceniem. — Przekleństwo! krzyknął Pen ze strasznem złorzeczeniem. — Milczeć! zawołał głos jakiś, którego nie można było rozpoznać wśród huraganu. File:'The English at the Noth Pole' by Riou and Montaut 044.jpg Bryła zdawała się chcieć rzucić na okręt; nieopisana śmiertelna trwoga ogarnęła ludzi, którzy porzu­ciwszy drągi, cofnęli się na tył okrętu, wbrew roz­kazom Shandona. Nagle dał się słyszeć trzask przeraźliwy; na bryg podniesiony przez ogromną falę, spadła trąba wodna. Krzyk przerażenia ozwał się wśród osady; sam tylko Garry pilnie stał u ru­dla i utrzymał statek wstrząśnięty niezmiernym wód nawałem, na właściwej drodze. I oto, gdy przerażone spojrzenia zwróciły się ku górze lodowej, już jej nie dostrzeżono, przejście było wolne w kanale, a bryg przy świetle uko­śnych promieni słońca posuwał się dalej. — Czy pan wytłomaczysz to co się tu stało? pytał Johnson doktora. — Stała się rzecz bardzo naturalna, odparł do­któr, i często się to zdarza. Massy pływające pojedyńczo, utrzymują się każda dla siebie w dosko­nałej równowadze przez czas niejaki; ale posuwając się ku południowi, gdzie woda jest względnie ciepła, tracą tę równowagę. Podstawa ich, tłuczo­na przez inne lody, zaczyna topnieć, jakby ją kto podkopywał, i nadchodzi chwila, w której środek ciężkości takiej góry zmienia się nagle i musi się ona wywrócić. Tylko, gdyby ta góra o dwie minuty później się wywróciła, zdruzgotałaby okręt swym ciężarem.
Alternative Linked Data Views: ODE     Raw Data in: CXML | CSV | RDF ( N-Triples N3/Turtle JSON XML ) | OData ( Atom JSON ) | Microdata ( JSON HTML) | JSON-LD    About   
This material is Open Knowledge   W3C Semantic Web Technology [RDF Data] Valid XHTML + RDFa
OpenLink Virtuoso version 07.20.3217, on Linux (x86_64-pc-linux-gnu), Standard Edition
Data on this page belongs to its respective rights holders.
Virtuoso Faceted Browser Copyright © 2009-2012 OpenLink Software