About: dbkwik:resource/mcQaEWCHeKH2olmdC8ekRg==   Sponge Permalink

An Entity of Type : owl:Thing, within Data Space : 134.155.108.49:8890 associated with source dataset(s)

AttributesValues
rdfs:label
  • Podróż do Bieguna Północnego/I/07
rdfs:comment
  • Noce były krótkie. Od 31-go stycznia słońce widzialne było przez odbicie, i utrzymywało się na widnokręgu coraz dłużej. Śnieg jednak mroczył to światło blade; ciemność wprawdzie nie była zu­pełna, podróż jednak niemniej była mozolna. Dnia 21-go kwietnia. ujrzano wśród mgły przy­lądek „Strapienia.“ Osada była spracowaną, bo od wejścia brygu między lody, majtkowie nie mieli ani chwili spoczynku. Trzeba było używać pary do pomocy, dla torowania sobie drogi między nagro­madzonemi wielkiemi lodu kawałami. — Trudno temu wierzyć panie Clawbonny, wi­dząc czem jest ten kraj obecnie. — Wierzę.
Tytuł
  • |1
dbkwik:resource/JvmuHjXQYc_EMmq-yMXeWg==
dbkwik:resource/WglBShsp9V9mYtToH6YeZw==
  • Część I
  • Rozdział VII
dbkwik:resource/X7l0opWu667RHDeQudG4LA==
adnotacje
  • Dawny|1876 r
dbkwik:wiersze/pro...iPageUsesTemplate
Autor
  • Juliusz Verne
abstract
  • Noce były krótkie. Od 31-go stycznia słońce widzialne było przez odbicie, i utrzymywało się na widnokręgu coraz dłużej. Śnieg jednak mroczył to światło blade; ciemność wprawdzie nie była zu­pełna, podróż jednak niemniej była mozolna. Dnia 21-go kwietnia. ujrzano wśród mgły przy­lądek „Strapienia.“ Osada była spracowaną, bo od wejścia brygu między lody, majtkowie nie mieli ani chwili spoczynku. Trzeba było używać pary do pomocy, dla torowania sobie drogi między nagro­madzonemi wielkiemi lodu kawałami. File:'The English at the Noth Pole' by Riou and Montaut 039.jpg Podczas gdy Shandon poszedł spocząć na parę godzin, doktór rozmawiał z Jonhsonem na tyle okrętu. Doktór lubił z nim mówić, bo jego liczne podróże zbogaciły umysł jego w tym kierunku, a rozmowa z nim była nauczającą i zajmująca. Clawbonny coraz więcej przywiązywał się do że­glarza, a żeglarz oddawał mu to przywiązanie z procentem. — Patrz pan, panie Clawbonny, rzekł Johnson, ten kraj nie jest podobny do innych. Nazywają go Ziemią Zieloną, ale nazwa ta przystoi mu przez kilka tylko tygodni w ciągu roku. — Kto wie, odpowiedział doktór, czy w wieku dziesiątym ziemia ta nie miała prawa do tej nazwy! Nie jedna przemiana tego rodzaju zaszła na naszej kuli ziemskiej; zdziwisz się bardzo gdy ci powiem, że kronikarze islandzcy opowiadają o dwustu osa­dach kwitnących w tych stronach przed ośmiuset lub dziewięciuset laty. — Trudno temu wierzyć panie Clawbonny, wi­dząc czem jest ten kraj obecnie. — A przecież jakkolwiek smutne są te strony, dają jednak ludziom przytułek, i to nawet Euro­pejczykom cywilizowanym. — Prawda! W Disko, w Uppernawik, spotkamy ludzi żyjących w tym klimacie; zdaje mi się je­dnak, że żyją tam z musu, a nie z dobrej woli. — Człowiek do wszystkiego przywyka, i nie zdaje mi się żeby ci Grenlandczycy byli w gor­szem położeniu niż wyrobnicy w naszych wielkich miastach; to pewna, że życie tamtych nie jest tak nędzne, jak tych drugich. Brak im wprawdzie do­godności jakie posiadają mieszkańcy cieplejszego klimatu; ale przyzwyczaiwszy się już raz, muszą mieć przyjemności, o których my nie mamy wyo­brażenia. — Takby należało przypuszczać panie Clawbon­ny, bo Pan Bóg jest sprawiedliwy. Przyznaję przecież, że zawsze widok tych stron smutne na mnie wywierał wrażenie; należałoby je przynajmniej nieco uweselić, nadając im milsze nazwy, nie zaś nazywać je przylądkiem „Pożegnania,“ przyląd­kiem „Rozpaczy,“ bo te nazwy nic nie mają w so­bie coby żeglarza przyciągało. — To samo i ja zauważyłem, odpowiedział do­któr, ale te nazwy mają znaczenie jeograficzne, o którem nie trzeba zapominać; przypominają tych którzy je wymyślili. Jeśli słyszę nazwę przylądka „Rozpaczy“ wymienioną obok nazwisk Davis’a, Baffin’a, Hudson’a, Ross’a, Perry’ego, Franklin’a, Bellot’a, to znajdują wkrótce przylądek „Dziękczy­nienia;“ cypel „Opatrzności“, odpowiada portowi „Strapienia;“ zatoka „Nieosiągnięta“ naprowadza mnie na przylądek „Rajski,“ a opuszczając cypel zwa­ny „Powrotu przymusowego,“ spoczywam myślą w zatoce „Schronienia.“ Umysł mój widzi jasno ciągłe następstwo niebezpieczeństw, niepowodzeń, przeszkód, powodzeń, rozpaczy, i znów pomyślności, co wszystko łączy się ze wspomnieniem wielkich mo­ich rodaków. Szereg ten nazw, jakby szereg me­dali przypomina mi historyę tych mórz. — Masz pan słuszność, panie Clawbonny. Daj tylko Boże, byśmy w naszej podróży spotykali więcej zatok „Powodzenia,“ jak przylądków „Rozpaczy!“ — I ja tego życzę, Johnsonie; ale powiedz mi, czy osada ochłonęła już nieco ze swego przestra­chu? — Cokolwiek; a jednak wyznaję, że od czasu wpłynięcia do zatoki, zaczęto się znów zajmować fantastycznym kapitanem, i nie jeden spodziewał się go spotkać na kończynach Grenlandyi, a dotąd nie spotkał. Mówiąc między nami, pewnie to i pana zadziwia? — To prawda, Johnsonie. — Czy pan wierzysz że ten kapitan istnieje? — Wierzę. — Czemu jednak postępuje on tak dziwacznie? — Jeśli mam ci odkryć myśl moją do dna, to powiem, że mi się zdaje, iż ten człowiek chciał po­ciągnąć osadę tak daleko, żeby już nie można było marzyć o powrocie. Gdyby się był pokazał na po­kładzie w chwili odjazdu, każdy chciałby był wie­dzieć gdzie się okręt udaje, a to mogłoby było stać się bardzo kłopotliwem. — A to dla czego? — Bo chcąc probować tego co się innym nie udało, dostać się tam, gdzie inni dotrzeć nie mogli, nie byłby znalazł chętnych towarzyszy. Wypłynąwszy zaś raz, można zapłynąć tak daleko, że posuwanie się dalej staje się koniecznością. — Może to być. Znałem niejednego nieustra­szonego awanturnika, którego samo imię strachem przejmowało, a któryby w przedsięwzięciach niebezpiecznych nie był znalazł pomocników... — Jabym mu towarzyszył, przerwał doktór. — I ja za panem, doktorze. Przypuszczam, że nasz kapitan jest także takim awanturnikiem. Zo­baczymy co dalej będzie. Myślę, że ten dzielny człowiek zjawi się nam od strony Uppernawik, al­bo zatoki Melville’a; stanie między nami na pokła­dzie i powie nam, gdzie fantazya jego chce poprowadzić okręt. — I mnie się tak zdaje, rzekł doktór; ale jak my się dostaniemy do tej zatoki Melville’a? Patrz, lody otaczają nas zewsząd, a Forward ledwie przeciskać się zdoła przez nie. Co to za ogromna płaszczyzna! File:'The English at the Noth Pole' by Riou and Montaut 036.jpg — W języku wielorybników nazywa się to Po­lem lodowem, a jego granic oko dojrzeć nie mo­że. A tu oto jest część tego Pola; potrzaskane kawały te lodu jedne są okrągłe, inne podłużne. Tamte znów pływają odosobnione; gdy są wyższe, zwiemy je górami lodowemi; zetknięcie się z niemi bardzo jest dla okrętu niebezpieczne. A tu oto wzniesienie utworzone przez sparcie się lodów; to są pagórki; czasem miewają one podstawę głęboko sięgającą w morze. To wszystko ma swe odrębne nazwy, bo trzeba wiedzieć o czem się mówi. — A jakie to wszystko ciekawe do widzenia! zawołał doktór, patrząc na te cuda mórz podbie­gunowych; wyobraźnia niezmiernie jest naprężona, wynajdując podobieństwo do przedmiotów i obra­zów. — Lody te przybierają istotnie nieraz kształty fantastyczne, a ludzie sami tłomaczą je sobie na swój sposób, rzekł Johnson. File:'The English at the Noth Pole' by Riou and Montaut 038.jpg — Oto tam, zawołał doktór, przysiągłbyś, że wi­dzisz w tych złamach lodu całe miasto, jakieś dzi­wne, jakby wschodnie; są tam meczety z minareta­mi, oświeconemi bladem światłem księżyca. A tam oto długi szereg łuków gotyckich, przypominają­cych kaplicę Henryka VII-go w Londynie, albo gmach parlamentu. — To prawda, że tu każdy widzieć może co ze­chce; ale niebezpiecznie byłoby mieszkać w tych pałacach, wchodzić do tych kościołów; nawet zbli­żać się do nich zbyt nie trzeba. Minarety te chwie­ją się w swych podstawach, a najmniejszy z nich zgruchotałby takiego Forwarda na miazgę. — I ludzie odważali się zapuszczać na te mo­rza, nie mając pary do pomocy! rzekł doktór. Jak może okręt, pod żaglem tylko płynący, wywijać się między temi ruchomemi skałami? — Dawali sobie ludzie radę jak mogli, odpowie­dział Johnson; gdy wiatr jest przeciwny, a zda­rzało mi się to nieraz, przyczepiano kotwicę do którego kawału lodu, a on prędzej lub wolniej cią­gnął statek z sobą; jeśli stał, to czekano na wiatr pomyślniejszy. Prawda jednak, że podróżując w ten sposób, potrzeba paru miesięcy na przebycie przestrzeni, którą my przy odrobinie szczęścia przebyć możemy w dni kilka. — Temperatura jeszcze nie zniża, tak mi się zdaje, rzekł doktór. — Byłoby to źle dla nas, odparł Johnson, bo nam trzeba odwilży, żeby się te massy porozdziela­ły i popłynęły sobie na Atlantyk. W ciaśninie Davis’a są one jeszcze gęstsze, bo tam i lądy zbliżone są więcej ku sobie między przylądkami Walsin­gham i Holsteinborg. Minąwszy 67-my stopień, znajdziemy w maju i w czerwcu zdolniejsze do że­glugi morze. — Tak, ale trzeba się tam dostać. — Tak jest panie Clawbonny, trzeba się tam dostać. Gdybyśmy tu byli w czerwcu lub w lipcu, to i tutaj mielibyśmy przejście wolne, jak miewają statki wielorybnicze; ale nam kazano wyraźnie, żebyśmy tu byli w kwietniu. Z tego widzę, że nasz kapitan wie dobrze co robi; wypłynął w porze wczesnej, żeby dotrzeć daleko. Kto dożyje, zo­baczy. Doktór nie mylił się przypuszczając, że tempe­ratura się zniżyła; w południe, termometr Celsju­sza pokazywał 14 stopni niżej zera. Wiatr wiał północno-zachodni i rozjaśniał atmosferę, ale i na­pędzał góry lodowe na drogę Forwarda. Nie wszystkie jednak szły w kierunku wiatru; były i takie, a to z większych, których podstawa zanu­rzona głęboko, ulegała parciu prądu podwodnego, i płynęły naprzeciw innym. Łatwo sobie wyobrazić trudność żeglowania w takich okolicznościach; inżynierowie-mechanicy ani chwili wypoczynku nie mieli. Parą kierowano z pokładu za pomocą dźwigni, które ją puszczały, wstrzymywały lub od wracały natychmiast, podług wskazań oficera będącego na służbie. To trzeba było pośpieszać, aby skorzystać z roztwarcia się pola lodowego; to iść na wyścigi z górą, grożącą zamknięciem jedynego przejścia; to znów jaki olbrzymi odłam lodu nagle się wywracał i zmuszał okręt do szybkiego cofnięcia się, dla uniknięcia zdruzgotania. Ogromne to nagromadzenie lodów popychających się wzajemnie, piętrzących się na sobie, ścierających się z sobą pod wpływem przeciwdziałających sobie sił wiatru i prądu, jeśliby jeszcze ujęte zostało mrozem w jedną całość, sta­wiłoby dla przejścia okrętu niezwyciężoną zaporę. File:'The English at the Noth Pole' by Riou and Montaut 040.jpg Niezliczona ilość ptastwa znajdowała się w tych okolicach; latając tłumami tu i owdzie mimo śnie­żnej zawiei, ogłuszało ludzi swym wrzaskiem i ożywiało nieco krajobraz. Liczne kłody drzewa pływały w różnych stronach i uderzały o siebie z łoskotem; kilku potfiszów (gatunek wieloryba, ale mniejszy) o ogromnych, jakby nadętych głowach, zbliżyło się do okrętu; ale ani myśleć można było o zabraniu się do nich, choć oszczepnik Simpson wielką miał do tego ochotę. Widziano także pod wieczór pewną ilość fok, jak wystawiwszy nozdrza nad wodę, pływały między lodami. Dnia 22-go temperatura jeszcze się zniżyła. Forward, żeby się prześliznąć przez przejścia, pusz­czał nieraz gwałtownie parę. Wiatr północno-zachodni ustalił się, żagle zwinięto. Dnia tego majt­kowie mało byli czynni; a że to była niedziela, więc po odczytaniu modlitw przez Shandona, osa­da zajęła się polowaniem na nurki, których dużo nazbierano. Ptaki te urządzone podług metody doktora Clawbonny, pomnożyły w sposób przyje­mny zapasy żywności. O trzeciej wieczorem, okręt przesuwał się obok przylądka Kin-Sael i góry Sukkertop. Morze mocno się bałwaniło i mgła gęsta spadła nagle z szarego nieba; można było jednak zrobić w południe do­kładne obliczenie położenia okrętu, który znajdo­wał się wówczas pod 65°20' szerokości i 54°22' długości. Należało przebyć jeszcze dwa stopnie, żeby się dobrać do wolniejszego od lodów morza. File:'The English at the Noth Pole' by Riou and Montaut 034.jpg Przez trzy dni następne, 24, 25 i 26 kwietnia walczono ciągle z lodami; kierowanie parą z po­kładu bardzo wiele kosztowało wysileń, bo co chwila trzeba było ją wstrzymywać, znów pusz­czać lub odwracać. Zbliżanie się pływających gór lodowych rozpoznawano we mgle z głuchego huku obrywających się śnieżyc; w takim razie okręt co­fał się natychmiast. Narażano się na uderzenie o lody pochodzące z wód rzecznych, odznaczające się przejrzystością kryształową, a twarde jak skała. Shandon nieomieszkał dopełnić niemi zapasu wody słodkiej do picia, i codzień pewną liczbę beczek nią napełniał. Doktór nie mógł nawyknąć do złudzeń optycz­nych, spowodowywanych łamaniem się światła. Nieraz zdawało mu się, że blizko okrętu jest jakaś niewielka massa biała, a to była góra lodowa odle­gła o dziesięć lub dwanaście mil (morskich). Usiłował przyzwyczaić swój wzrok do tego szczególnego zjawiska, aby mógł w przyszłości złudzenie oka poprawiać. Nareszcie osada, to holując okręt wzdłuż pól lo­dowych, to odpychając napływające lody długie­mi żerdziami, wyczerpnęła wszystkie swe siły; a jednak jeszcze d. 27 kwietnia, nieprzebyte koło lodowe otaczało Forwarda.
Alternative Linked Data Views: ODE     Raw Data in: CXML | CSV | RDF ( N-Triples N3/Turtle JSON XML ) | OData ( Atom JSON ) | Microdata ( JSON HTML) | JSON-LD    About   
This material is Open Knowledge   W3C Semantic Web Technology [RDF Data] Valid XHTML + RDFa
OpenLink Virtuoso version 07.20.3217, on Linux (x86_64-pc-linux-gnu), Standard Edition
Data on this page belongs to its respective rights holders.
Virtuoso Faceted Browser Copyright © 2009-2012 OpenLink Software