| abstract
| - Zapada dzień za nami, nad nami. Ciemność w spiętrzonych drzewach. Domy niewdzięcznych owija pierścień nieba zwartego w ciszy. Łuk światła prędkiego bije jak źródło srebrne nad ziemią; kruszą się cenne marmury, kolumny gną, płomień na grzywie spoczął, gruzu nastrugał do nóg, martwe rośliny i ziemia popiołem struta w tym mieście i z dala tylko wołanie dziobów zbudzonych znad łąk. Miłujący trwogę i glinę głowy podnoszą z poduszek. Pęka spalona ziemia, kości potrąca puste, martwa szczelina — słuchają — woła kusząco jak uśmiech formą dla ciała jedyną, ciepłem ze wszystkich najtrwalszym, ono zapewni różany, bo krwią pojony pęk rózeg, ciemność jak gwiazdę wygasłą i pamięć śnioną bez czasu. Więc będzie dzień, który odszedł, dla wielu dniem pożegnania. Mgły rozwieszone nad nami nie wiedzą o nas nic zgoła; odległy księżyc i słońce w innych obszarach kołują, zamkniętych dla nas, nieznanych. Lecz mówić o nich jak pięknie! Gdy tutaj zachłanny piasek strute ma ziarna, więc gorzkie — o ziemio mojej ojczyzny! I ogień broni świecącej w oczy zmrużone nam patrzy — daruj nam światy piękniejsze, gdy oczom zechcą się przyśnić. Jak mało. Jak mało: spokój w obrazach snu i ręka zdobiąca ciało jak rzeźbiona, lecz krucha. Tu twardy dzień. Powietrze wciągamy do płuc spasione krwią, a w kolumnach mężni w pogiętych kolczugach usta na popiół złożywszy przyjaznych czekają ramion. Marmur żyłami nabrzmiał — to ziemi pragnącej trud sypie zieloność, co żywa dzwoni młodziutkim listowiem. Budzi się mleczny na szybach świt i rozdziela jak anioł dymy krzyczące pod światło. Już słońce stanęło głodne nad miastem w chmurach różowych, młodych i wonnych od pól. Zapada dzień bezimienny i co dzień żegnamy ślad odchodzących — ku jakim światom? Marzenie, tylko marzenie — bo one, woda i piach, oto najbliższa ojczyzna, oto jedyny patos. I po cóż wasze wołania? Musi krew dymić jak znak innym, by imię poznali i wartość polnego kwiatu. Tak wstaje wszystko co godne życia a nie zagłady i taka skąpa nagroda twardo rzuconym na wznak. Za wiele, za wiele: ziemia i sprawy jej, aby pragnąć więcej i czekać światów zsyłanych śniącym. Ramię znużone leży gotowe zawsze jak miecz pod głową oddaną nocy. A jeśli obraz z marzenia — to znany kształtem i wonią: słońce wybiega na niebo młode i prężne. Polny ptak przeleci po oczach, kłosy rtęciowe dzwonią, o ziemio mojej ojczyzny... — — — — — — — — — — — — jak boli. Image:PD-icon.svg Public domain
|