| abstract
| - Wiem to tylko, że rzucana falami tratwa pogrążyła się w morze i że ręka odważnego przewodnika wyratowała mię od rozbicia się o skałę. Mężny Islandczyk położył mię na gorącym piasku, gdzie znalazłem się obok mego stryja. Nie mogłem nic mówić, byłem kompletnie złamany i wzruszeniami i uderzeniem o skałę. Godzinę całą leżałem zemdlony, zanim przyszedłem do siebie. Deszcz padał wciąż potokami, ale z siłą, która świadczyła o końcu burzy. Skały jakieś posłużyły nam jako bezpieczne schronisko przed huraganem. Jan przygotował nam posiłek, którego nie tknąłem i każdy z nas, wyczerpany trzema niespanemi nocami, zasnął smacznie na kilka godzin. Nazajutrz dzień okazał się prześliczny. Niebo i ziemia były już w zupełnej ze sobą harmonji i wszelkie ślady strasznego huraganu zatarły się całkowicie. Gdym się zbudził, posłyszałem wesołe powitanie profesora: — A więc, mój chłopcze, czy dobrze ci się spało? Narazie nie mogłem odpowiedzieć. Stanął mi przed oczyma Hamburg, pod którym przejeżdżaliśmy, moja ukochana Małgosia i pomyślałem sobie, że najlepiej byłoby, gdybym posłyszał, że jedziemy do naszego ukochanego domu... Stryj wyczuł moje myśli widocznie, bo rzekł, patrząc na mnie ze smutkiem: — Ach tak! Nie chcesz mi nawet powiedzieć, czyś dobrze spał! — Bardzo dobrze spałem, jestem trochę jeszcze osłabiony, ale to minie. — O, tak, minie, trochę zmęczenia, ot i wszystko. — Ale stryj zdaje się być wesołym? — Zachwycony jestem, zachwycony, mój chłopcze. Przybyliśmy nareszcie! — Do celu naszej wyprawy? — O, nie, ale przepłynęliśmy już to morze, które zdawało się być nieskończonem. Teraz podróżować będziemy po ziemi i zagłębimy się naprawdę we wnętrze kuli ziemskiej! — Mój stryju, pozwól mi zadać ci jedno tylko pytanie. — Pozwałam ci, Axelu, mów! — A powrót kiedyż nastąpi? — Powrót? Ach! ty myślisz o powrocie, kiedyśmy jeszcze nie doszli do celu? — Nie, ale chciałbym wiedzieć, w jaki sposób odbędzie się nasz powrót? — W najzwyklejszy na świecie. Przybywszy w głąb ziemi, albo znajdziemy nową drogę powrotną, albo wrócimy tą, którąśmy przybyli. Mam nadzieję, że nie zamknie się przed nami. — A więc trzeba doprowadzić naszą łódź do porządku. — Koniecznie. — A żywności czy jest poddostatkiem? — Napewno. Jan jest sprytnym chłopcem i zostawił dostateczną ilość żywności. O to niema obawy. Ale chodźmy upewnić się co do tego. Opuściliśmy grotę w przekonaniu, że niewiele pozostało ze znajdujących się na łodzi przedmiotów. Myliłem się najzupełniej. Gdy przybyliśmy na brzeg, ujrzałem Jana, zajętego układaniem wielu rzeczy. Stryj mój uścisnął mu rękę z żywem uczuciem wdzięczności. Człowiek ten o nadludzkiej energji i niezrównanym przywiązaniu pracował, podczas, gdyśmy spali z narażeniem własnego życia. Straciliśmy naturalnie dużo rzeczy, naprzykład fuzję, ale bez niej obejść się było można. — A więc, — zawołał profesor, — ponieważ brak fuzji, nie będziemy polować! — Dobrze; a instrumenty? — Oto manometr, ze wszystkich narzędzi najważniejszy i za który oddałbym wszystko! Z pomocą tego narzędzia mierzyć mogę głębokość i wiedzieć, czyśmy dosięgli środka. — A busola? — spytałem. — Oto jest, na tej skale, w doskonałym stanie, są też tam chronometry i termometry. Ach, nasz przewodnik jest człowiekiem nieocenionym! Z narzędzi nie brak było niczego. Prócz tego zauważyłem leżące na piasku drągi, młoty, sznury etc. Pozostawała kwestja żywności. — A żywność? — odezwałem się. — Obejrzyjmy zapasy! — odrzekł stryj. Skrzynie z jedzeniem były doskonale pozamykane i w wybornym stanie. Po większej części wszystkie produkty były w całości, oszczędziło je morze, w szczególności zaś nietknięte były suchary, biszkopty, mięso wędzone i ryby. Można było śmiało liczyć na to, że pożywienia starczy conajmniej na cztery miesiące. — Cztery miesiące! — zawołał profesor. — Mamy czas. Nie zbraknie nam żywności nawet i na wydanie wielkiego bankietu, gdy wrócę do kraju. Teraz zaś musimy zaopatrzyć się w wodę słodką, której burza naniosła do wgłębień skał granitowych. Nie powinniśmy być w obawie o brak wody. Co do łodzi, to powiem Janowi, żeby naprawił ją, jak umie najlepiej, chociaż myślę, że nie będzie nam ona potrzebna. — Jakto? — wykrzyknąłem. — Sądzę, że nie powrócimy tą drogą, którą przyszliśmy... Patrzyłem na stryja z niedowierzaniem. Zapytywałem siebie, czy przypadkiem nie oszalał. — Chodźmy na śniadanie — rzekł po chwili. Postępowałem za nim na wzniesiony przylądek, gdzie wydał swe polecenia przewodnikowi. Tutaj to uraczyliśmy się ucztą, złożoną z mięsa wędzonego, biszkoptów i herbaty. Jadłem z nadzwyczajnym apetytem, szczęśliwy, że uniknęliśmy niebezpieczeństwa i wypoczęliśmy. Podczas śniadania zadałem stryjowi następujące zapytanie: — Gdzie znajdujemy się teraz? Zbyt trudno to chyba określić. — Określić dokładnie trudno, nawet jest to niemożliwe, gdyż podczas tych trzech dni burzy nie mogłem obliczać szybkości i kierunku łodzi, w każdym razie jednak można to obliczyć z pewną dokładnością. — Ostatnia obserwacja czyniona była na wyspie Axel. Przebyliśmy tam około dwieście siedmdziesiąt mil morskich i znajdowaliśmy się wtedy o sześćset mil od Islandji. — Dobrze! trzymajmy się tego punktu i wliczmy w to cztery dni burzy, podczas której szybkość naszej jazdy z pewnością równała się ośmdziesięciu milom przez dwadzieścia cztery godziny. — Jeśli obliczania nasze są trafne, — odpowiedziałem, to teraz mamy nad sobą morze Śródziemne. — Rzeczywiście! — Tak, gdyż jesteśmy o dziewięćset mil od Reykjawiku! Profesor skierował się ku busoli. Był wesół, zacierał ręce z radości, wyglądał na młodzieńca! Postępowałem za nim ciekawy, czym się nie mylił w obliczeniach. Przybywszy do skały, stryj mój wziął kompas, położył go horyzontalnie i obserwował wskazówkę, która obróciwszy się naokoło blatu, zatrzymała się w końcu. Profesor spojrzał, potem znów badał. Nakoniec zwrócił się do mnie, zdumiony. — Co się stało? — spytałem. Dał mi znak, żebym obejrzał kierunek igły. Okrzyk zdziwienia wyrwał się z moich ust. Igła wskazywała północ tam, gdzieśmy się spodziewali kierunku południowego. Poruszyłem busolę i badałem: była w dobrym zupełnie stanie. A więc zrozumieliśmy wtedy, że podczas burzy, wiatr zapędził nas ku brzegom, które zdawało się, że pozostawiliśmy poza sobą.
|