About: dbkwik:resource/FegTeMBAq0oCIss7tJmJgg==   Sponge Permalink

An Entity of Type : owl:Thing, within Data Space : 134.155.108.49:8890 associated with source dataset(s)

AttributesValues
rdfs:label
  • Ordynat Michorowski/28
rdfs:comment
  • Bodzio w czapeczce fokowej na zgrabnej głowie, pochylony do swej towarzyszki, mówił coś ogniście gestykulując. Oczy mu błyszczały namiętnym płomieniem. Tak był zapatrzony w swoje cudo baletowe, że nie spostrzegł wcale ordynata. Sanki z chrzęstem, z brzękiem sutych janczarów, z parskaniem pysznych koni, przemknęły pędem, wlokąc po bokach końce bogatej siatki, która obficie spadała z koni, aż na śnieg. Zadzwoniły o bruk podkowy, trysnęły iskry, zaszumiały pióropusze i zaprzęg pomknął szumnie ku Nowemu Światu. – Używa stolicy - uśmiechnął się ordynat. – Dokąd ją wiezie? - zaniepokoił się.
dcterms:subject
Tytuł
dbkwik:resource/JvmuHjXQYc_EMmq-yMXeWg==
dbkwik:resource/WglBShsp9V9mYtToH6YeZw==
  • XXVIII
dbkwik:resource/X7l0opWu667RHDeQudG4LA==
dbkwik:wiersze/pro...iPageUsesTemplate
Autor
  • Helena Mniszkówna
abstract
  • Bodzio w czapeczce fokowej na zgrabnej głowie, pochylony do swej towarzyszki, mówił coś ogniście gestykulując. Oczy mu błyszczały namiętnym płomieniem. Tak był zapatrzony w swoje cudo baletowe, że nie spostrzegł wcale ordynata. Sanki z chrzęstem, z brzękiem sutych janczarów, z parskaniem pysznych koni, przemknęły pędem, wlokąc po bokach końce bogatej siatki, która obficie spadała z koni, aż na śnieg. Zadzwoniły o bruk podkowy, trysnęły iskry, zaszumiały pióropusze i zaprzęg pomknął szumnie ku Nowemu Światu. – Używa stolicy - uśmiechnął się ordynat. Własna młodość stanęła mu w myślach, tak samo rozpalona i bujna. – Dokąd ją wiezie? - zaniepokoił się. Skinął na sanki i kazał ostro jechać. Wychylony lekko zza pleców dorożkarza, widział w oddali jadącą parę. Świetny kapelusz damy i czapka Bodzia pochylały się ku sobie. Nareszcie stanęli przed domem, gdzie mieścił się znany kabaret. Ordynat kazał zwolnić. Mijał Bodzia, sunąc po świetlistym szlaku lamp elektrycznych. Bodzio z wdziękiem pomógł wysiąść swej damie i razem weszli do środka gmachu, powitani głębokim ukłonem Szwajcara. Sanki, nie opłacone, w oczekiwaniu stanęły opodal. Waldemar usłyszał jeszcze raźny głos stangreta remizowego do stojących dorożkarzy. – Będę czekał do rana, nim się oni nacieszą; dadzą się człowiekowi wyspać. Zaczął się pakować do środka sań, okrywając nogi futrem. Ordynat pojechał dalej. Na estradzie, w rzęsiście oświetlonej sali, śpiewała drastyczne kuplety młoda Niemeczka. Obcisła suknia, naszyta świecidełkami, okrywała ją prawie od pasa do kolan, przy których burzyły się falbany gazowe. Ruchy i wyraz twarzy miała cyniczne. Bohdan ze swą towarzyszką usiedli przy stoliku blisko estrady. Przysunęło się do nich dwóch znajomych młodzieńców, sławnych turystów zakulisowych. Bohdan zaprosił ich na kolację. Rozpoczęła się zabawa. Z bocznej loży, ukryty za firanką, Waldemar Michorowski z daleka przyglądał się kuzynowi. Prawie tuż obok loży, na sali, przy stoliku, siedziało dwóch mężczyzn, rozmawiając z sobą dość głośno. Ordynat widział rozbawioną twarz Bodzia, patrzył na zalotne uśmieszki primabaleriny, ale nie słyszał słów. Od czasu do czasu jakiś dowcip wywoływał tam burzę śmiechu, piękna dama ogniściej błysnęła oczami lub też zrobiła skromną, niewinną minkę, a Bodzio zuchwale zaglądał jej w twarz. Na estradę weszło pięć dziewcząt, rozpoczął się śpiew i tańce. – Patrz pan! Wystawa kobieciny! – Co za "kobieciny"? – No: ciała. Ekspertów nie brakuje. Niech pan spojrzy na Michorowskiego. Ordynat drgnął. Panowie patrzyli na Bohdana, który pożerał oczami szansonistki. – Uważa pan, jaki łakomy? Jedną sobie zaangażował, i to dobry kąsek, a na te się oblizuje. Jak tak długo potrwa na tych ziółeczkach, to mu skrzydełka opadną. – Nic mu, panie, nie będzie! Rasa wypróbowana! A ordynat głębowicki mało używał? Jednak zawsze zuch. – No, niezbyt. Jakoś się nie żeni. – To z innych powodów. Zresztą podobno żeni się z jakąś kuzynką. Ten młodzik gotów mu pół fortuny przeputać. Waldemar za swoją firanką był pod przykrym uczuciem obawy, by go nie dostrzeżono. Cofnął się głębiej. Na estradzie zmieniały się śpiewy na tańce, na monologii swobodnych błazeństw. Jakiś Murzyn wykrzykiwał głosem koguta, przedstawiając sztuki magiczne. Sala wypełniła się chmurą dymu. Panował gwar ożywionych rozmów, strzelały śmiechy, dowcipy i szampan. Śpiewaczki i tancerki weszły na salę, zmieszały się z publiką. Jakiś chłopak obnosił w wielkim słoju cięte kwiaty i sprytnie trafiał tam, gdzie najwięcej płacono. Bodzio ogromny pęk róż ładnym ruchem złożył na talerzu swej towarzyszki. Tu i tam odzywały się podniecone alkoholem gardłowe głosy męskie. Zabawa toczyła się. Waldemar myślał: – To jednak konieczne. W naturze ludzkiej znajduje się zawsze gruczołek, zawierający zakaźny element rozpusty. Tylko u jednych jest on odległy od ostrego zęba pokusy i trwa w swoim zamknięciu. Nie trącony, nie pęka i nie zatruwa. U innych jest w bardzo mocnym pęcherzyku, nasyconym przez etykę lub flegmatyczność krwi. Ale jest - rozdarty mniejszą czy większą siłą, wypływa i drażni. Trzeba posiadać olbrzymią twórczą moc, aby bezkarnie wypluć go z siebie, gdy już rozciąga nad nim władanie. Więc zabawa to trucizna? Czy też tylko pulsowanie duchowej istoty ludzkiej, podjudzonej przez żądzę ciała. Woda nagazowana burzy się, lecz z chwilą, gdy ostatni balonik gazu uleci, pozostaje zimną i mdłą. Piana jest igraszką fal. Im większy temperament wewnętrzny kipi i żyje, tym piana wyżej bucha i staje się zaborczą. I ogarnia skały, niedostępne brzegi dla najgłębszych, lecz poważnych nurtów. To temperament, nie zabawa. To raczej twórczość. Wyrywa się z głębin i szalenie unosi w górę atomy, zrodzone duchową potęgą wewnętrzną, by objąć nowe horyzonty lub zatracić swą lotność na nędznych rozpryskach, po gołoledzi niebezpiecznych raf. To nie zabawa. Większość ludzi nie zdoła oprzeć się szeptom chochlika, który każdemu trafi w zanadrze, a nic łatwiejszego jak popełnić fałszywy krok pod kierunkiem tego malca. Śmiech jego nęci, widok oślepia, i - powrót już trudny. Więc się brnie. Dla umysłu zabawa jest niemal konieczna, uspokaja niby kroplisty szmer fontanny po monotonnym turkocie pracy. I orzeźwia bystrym strumieniem duszy zapalony ił powszedniości. Brać zabawę i rozkosz życia, pić ją pełnym haustem, tylko trzeba umieć trzymać, by się jej czara nie chybnęła. Rozleje się albo pokaże bezecne dno. Trzeba umieć oddzielić od źródeł zabawy żyły rozpustonośne, bo one toczą zgniłą materię. Najpierw nacierają na ciało, potem wraz z nim spodlają ducha. Waldemar ocknął się. Przyciszony głos i słowa przy stoliku zwróciły jego uwagę. – Oho! Krew Michorowskich! Ciska się kogucik. Patrz pan, patrz pan - awantura! – Jakaś sprzeczka. Magnaciątko rzuca się - szepnął drugi głos. Przy stoliku z primabaleriną wrzało. Bohdan i jeden z obcych młodzieńców zamieniali ze sobą jakieś popędliwe słowa. Twarz Bodzia pałała ogniem gniewu i ironii. Strojna dama miała minę zmieszaną i chęć do ucieczki. Kilku lokajów podsunęło się bliżej stolika. Z innych miejsc patrzono ciekawie, ale gwar nie ustawał. Waldemar dojrzał, iż Bodzio rzucił przeciwnikowi kartę. Baletnica zerwała się z miejsca. On zatrzymał ją energicznie i wymienił bardzo uprzejmy ukłon z młodzieńcami, którzy opuścili stolik. Zgromił wzrokiem gapiących się kelnerów, tak że usunęli się prędko przestraszeni, wstał z miną udzielnego księcia i z wielką dystynkcją, puszczając przodem swą damę, wyszedł z sali. Waldemar dostrzegł, że zniknęli oboje w drzwiach jednego z dalszych gabinetów. – Nie darował swego! - mruknął głos obok z loży. – Ponieśli tam szampana. Orgia przed pojedynkiem. Zuch! Pewno o nią się poczubili. – Jak jelenie. Michorowski zaimponował swą kartą, i zwycięża. – Awantura, panie, arabsko-kabaretowa. Ale ten młodzik i lufy się nie zlęknie. Waldemar słyszał te słowa. Przeniknął go niemiły dreszcz.
is dbkwik:resource/JvmuHjXQYc_EMmq-yMXeWg== of
is dbkwik:resource/X7l0opWu667RHDeQudG4LA== of
Alternative Linked Data Views: ODE     Raw Data in: CXML | CSV | RDF ( N-Triples N3/Turtle JSON XML ) | OData ( Atom JSON ) | Microdata ( JSON HTML) | JSON-LD    About   
This material is Open Knowledge   W3C Semantic Web Technology [RDF Data] Valid XHTML + RDFa
OpenLink Virtuoso version 07.20.3217, on Linux (x86_64-pc-linux-gnu), Standard Edition
Data on this page belongs to its respective rights holders.
Virtuoso Faceted Browser Copyright © 2009-2012 OpenLink Software