| abstract
| - Godfrey był oszołomiony tem błyskawicznem następstwem wypadków niesłychanych. Zwłaszcza tym ostatnim. Karefinotu, Murzyn Karefinotu mówi po angielsku jak rodowity Anglik i w dodatku zapowiada mu bliskie przybycie wuja Willa… I te nagłe odgłosy broni palnej, tuż w ich pobliżu… Co to wszystko znaczy? Czy może oszalał? Niewiele mu jednak pozostało czasu na roztrząsania. Bo oto może w pięć minut po odgłosie strzałów, pod grupą drzew-olbrzymów wyłoniły się postacie majtków. W okamgnieniu Godfrey i Karefinotu zaczęli się osuwać po pniu drzewa, w którego wnętrzu jeszcze się srożył pożar. Zaledwie Godfrey dotknął stopą ziemi, gdy usłyszał, że go wołają po imieniu i to dwa głosy, z których każdy byłby poznał nawet w chwili najstraszniejszego lęku i niepokoju. File:'School for Robinsons' by Léon Benett 51.jpg – Siostrzeńcze Godfreyu! Witaj mi! – Godfreyu! Mój najdroższy! – Wuj Wil!… Fina!… Wy tu! – wykrzyknął Godfrey, nawpół nieprzytomny… W najbliższej sekundzie znalazł się w objęciach wuja i przyciskał do piersi narzeczoną… Tymczasem na rozkaz kapitana Turcotte, dwóch majtków wdrapało się na drzewo, by wyzwolić Tarteletta, którego z całym szacunkiem, należnym jego osobie, odwiązano od gałęzi. Teraz zaczęły się pytania, odpowiedzi, wyjaśnienia, rzucane jak z procy. – Wuj Wil! Skąd się wuj tu bierze? – Tak, to ja! Przyjechaliśmy poprostu! – Ale jakim sposobem odkryliście wyspę Finy? – Co za wyspa Finy? Chcesz powiedzieć: wyspa Spencera – spokojnie odparł William W. Kolderup. – Cóż w tem trudnego? Wszak kupiłem ją przed rokiem! – Wyspa Spencera! – Której ty nadałeś moje imię, najdroższy? – spytała Fina. – To nowe imię bardzo mi się podoba, niech-że więc odtąd będzie wyspa Finy – rzekł wuj. – Niemniej dla geografów musi nadal pozostać wyspą Spencera, odległą o trzy doby od San Francisco, na której umożliwiłem ci przeżycie losów Robinzona. Sądzę, że wyjdzie ci to na korzyść, mój siostrzeńcze! – Ach, drogi wuju! Wuju Wilu, czy wuj mówi serjo? Jeśli tak, to tyle tylko mogę odpowiedzieć, że nie zasłużyłem wcale na taką karę! Ale w takim razie, co mam myśleć o rozbiciu „Marzenia”? Proszę mi to wyjaśnić… – Zwykła komedja! – odparł William W. Kolderup, który nigdy w życiu nie był w tak znakomitym humorze. – „Marzenie” zanurzyło się pod wodą, zgodnie z rozkazem, jaki wydałem kapitanowi Turcotte. Oto cała tajemnica! Powiedziano ci, że okręt tonie, ale gdy wraz z Tartelettem znalazłeś się szczęśliwie na wybrzeżu, Turcotte kontr-parą zawrócił i w trzy dni później wylądował w zatoce San Francisco. A dziś, w dniu umówionym „Marzenie” znów nas przywiozło na wyspę Spencera. Oto wszystko! – Więc nikt nie zginął wówczas? – spytał Godfrey. – A łódź z dzikimi?… – Komedja! Humbug zwyczajny! Zbudowano ją w moich warsztatach! – A dzicy ludzie…? – Przebrani, których na szczęście strzały twe nie trafiły! – To się rozumie, że nikt! Chyba może ten nieszczęsny Chińczyk, który ukrył się na pokładzie i którego nie znaleziono… – Ale Karefinotu? – Mój wierny Jup Bras, polakierowany na czarno. Widzę, że znakomicie odegrał swą rolę Piętaszka! – Tak! – potwierdził Godfrey. – Dwukrotnie mi ocalił życie przy spotkaniu z niedźwiedziem i tygrysem. – Tygrys i niedźwiedź, to również postacie komedjowe! – zawołał William W. Kolderup, trzymając się za brzuch, trzęsący mu się od śmiechu. – Obydwa drapieżce, ślicznie opakowane w słomę, przybyły na wyspę równocześnie z Jup Brasem i jego towarzyszami! – Ależ sam widziałem, że poruszały głową i łapami! – Mechanizm! Jup Bras w nocy nakręcał sprężyny, na parę godzin przed wyjściem z tobą na polowanie! – Co?! Więc… to… tak? – rzekł Godfrey nawpół do siebie, mocno upokorzony, że w ten sposób pozwolił się wywieść w pole. – No tak! Inaczej byłoby ci zbyt dobrze na twojej wyspie i nie byłbyś się wcale czuł Robinzonem. Musiałem się więc postarać o jakieś wypadki wstrząsające! – Skoro jednak wuj chciał nas wystawić na taką ciężką próbę, to proszę mi wytłómaczyć, poco mi przysłał ten nieoceniony kufer? – spytał Godfrey, odzyskawszy już dobry humor. Jak pogodzić jedno z drugiem? – Kufer? Jaki kufer? – wykrzyknął William W. Kolderup. – Ja nigdy nie przysyłałem ci żadnego kufra!… Czyżby…? – Wuj Wil zwrócił się do Finy, która spuściła oczy. – Więc tak!… Kufer ci posłała… W takim razie musiała mieć wspólnika – rozumował wuj Wil, odwracając się do kapitana Turcotte, który wybuchnął głośnym śmiechem. – A jakże pan myśli, panie Kolderup? – jowialnie odparł stary marynarz. – Panu odmówić, to co innego, ale pannie Finie… Nie, ja tego nie potrafię! To też przed czterema miesiącami, kiedy mnie tu pan wysłał na inspekcję, zabrałem tę skrzynię dla pana Godfreya. – Fino, moja najdroższa! – wykrzyknął Godfrey, a głos jego drżał wzruszeniem. – Panie kapitanie! – ozwała się Fina tonem wyrzutu. – Wszak mi pan przyrzekł, że pan to zachowa w tajemnicy. William W. Kolderup, potrząsając swą potężną głową, napróżno starał się ukryć głębokie wzruszenie. Gdy jednak Godfrey nie mógł się powstrzymać od śmiechu, słuchając wyjaśnień wuja, to Tartelett przeciwnie, czuł się głęboko urażony. Tak, jego duma osobista była bardzo dotknięta! On, profesor dobrego tonu i pięknych manier, mistrz Tartelett padł ofiarą podobnej mistyfikacji. Jego poczucie godności zostało w najwyższym stopniu obrażone. Majestatycznym krokiem podszedł do wuja Wila i rzekł: – Mam nadzieję, że pan William Kolderup nie zechce twierdzić, jakoby olbrzymi krokodyl, który omal mnie nie pozbawił życia, był również z tektury, a poruszał się dzięki kunsztownemu mechanizmowi? – Krokodyl? – powtórzył wuj. – Tak jest, proszę pana – potwierdził Karefinotu, którego za jego zgodą znów będziemy nazywać Jup Brasem. – Tak jest, prawdziwy krokodyl rzucił się na pana Tarteletta, a w mojej menażerji, którą odstawiłem na wyspę, nie było przecież tego jegomościa! Teraz Godfrey opowiedział, jak to w ostatnich czasach pojawiły się nagle na wyspie najrozmaitsze drapieżce: lwy, tygrysy, hjeny i pantery, a także mnóstwo wężów jadowitych, gdy przez całe cztery miesiące nie było ani śladu dzikich zwierząt, ni gadów… Teraz znów William W. Kolderup był całkiem zaskoczony, gdyż żadną miarą nie mógł zagadki tej rozwiązać. Od dawna było wiadomem, że wyspa Spencera zupełnie jest wolna od dzikich zwierząt, co zresztą potwierdził kontrakt kupna. Tak samo nie wiedział, co myśleć o owym przez Godfreya widzianym tajemniczym dymie, wznoszącym się w rozmaitych punktach wyspy, a którego przyczyny nie mógł żadną miarą stwierdzić. Nic też dziwnego, że dowiedziawszy się, iż nie wszystko działo się na wyspie podług jego instrukcyj, uczuł pewne wzburzenie, o którem świadczył wyraz jego twarzy. Co się tyczy Tarteletta, to nie należał on do ludzi, pozwalających wmawiać w siebie rozmaite rzeczy. Wierzył święcie w rozbicie okrętu i napad ludożerców i dzikich zwierząt, a przedewszystkiem za nic na świecie nie pozwoliłby umniejszyć swej sławy, że pierwszym strzałem położył był trupem przywódcę szczepu polinezyjskiego. Był nim wprawdzie jeden ze służących z pałacu Kolderup, który nie uczuwszy nawet muśnięcia kuli, doskonale odegrał rolę rannego, lecz Tartelett święcie wierzył, że na drugi świat wysłał ludożercę. Wszystko się tedy wyjaśniło i wytłómaczyło aż do ważnej kwestji, skąd wzięły się na wyspie dzikie zwierzęta i skąd pochodził trzykrotnie widziany dym. Nawet William W. Kolderup, wcale nie skłonny do marnowania czasu i suszenia sobie głowy nad sprawami niepotrzebnemi, musiał się jednak nad tem zastanawiać. Niemniej, będąc człowiekiem praktycznym, odłożył rozwiązanie tej zagadki na później, a teraz zabrał się do spraw bliższych. Przeto zwracając się do Godfreya, rzekł: – Kochany Godfreyu, ponieważ zawsze marzyłeś o wyspach, przeto sądzę, że nie zrobię ci przykrości, oddając wyspę Finy na wyłączną twą własność. Tak, ofiaruję ci ją z tem, że możesz tu rządzić, jak ci się żywnie podoba. Nie mam też zamiaru gwałtem cię stąd wyrywać. Możesz pozostać na wyspie przez całe życie i w dalszym ciągu być Robinzonem… – Co? Ja miałbym tu zostać na całe życie? – wykrzyknął Godfrey. W tej chwili podeszła doń Fina, pytając: – Godfreyu, czy chcesz pozostać na swej wyspie? – Raczej umrzeć! – zawołał tonem szczerości, wykluczającej wszelką wątpliwość. Po chwili jednak dodał: – Tak! Zostanę na mojej wyspie, ale stawiam trzy warunki. Ujął rękę dziewczyny i wyrzekł dobitnie: 1. Ty, ukochana, musisz tu ze mną pozostać. 2. Wuj Wil musi się przenieść na naszą wyspę. 3. Pastor z „Marzenia” dziś nam jeszcze da ślub. – Dobrze wiesz, że na okręcie niema pastora! – odparł wuj Wil. – Mam jednak nadzieję, że w San Francisco znajdziemy już duchownego, który nam odda tę drobną przysługę. Zdaje się zatem, że nie postąpię wbrew twym chęciom, jeśli wydam polecenie, by zaraz rano odbić od brzegów. Wpierw jednak wuj i Fina pragnęli obejrzeć wyspę. Rychło też podążyli wszyscy na przechadzkę, kierując się przedewszystkiem ku strumieniu, wzdłuż grupy drzew-olbrzymów. Niestety, z mieszkania w wydrążeniu drzewa nie pozostało ani śladu! Pożar zniszczył wszystko doszczętnie! Gdyby więc William W. Kolderup nie był się zjawił w samą porę, to nasi Robinzoni, pozbawieni dachu nad głową i sprzętów i naczyń i zapasów żywności, a przedewszystkiem otoczeni gromadami drapieżnych zwierząt, rychło byliby się rozstali z życiem! – Kochany wuju – ozwał się Godfrey – pozwól sobie powiedzieć, że nietylko wyspie nadałem imię Finy, gdyż to olbrzymie drzewo, które nam przez szereg miesięcy użyczało schronienia, nosiło znów twoje imię. – Wiec utniemy z niego gałązkę i zaszczepimy ją w naszym ogrodzie w San Francisco – odrzekł wuj. Podczas spaceru po wyspie, parę razy przemknęło w oddali któreś z dzikich zwierząt, nie mając jednak odwagi rzucić się na cały oddział majtków. Następnie podążyli wszyscy na pokład, a Tartelett zwrócił się do pana Williama W. Kolderup z prośbą, by mu pozwolił zabrać „jego krokodyla”, na co się zgodzono. Wszak Tartelett musi również mieć jakąś pamiątkę z okresu swego bohaterstwa. Wieczorem siedziało całe towarzystwo w dużej kajucie „Marzenia”, wspaniałą ucztą święcąc powrót Godfreya z wyspy i jego zaręczyny z Finą. Nazajutrz, dnia 20 stycznia, „Marzenie” pod komendą kapitana Turcotte odbiło od brzegów. Nie bez pewnego wzruszenia wpatrywał się Godfrey w znikające wybrzeże wyspy, na której przebył pięciomiesięczny okres ciężkich prób, których wspomnienie towarzyszyć mu miało przez całe życie. Podróż odbywała się szybko. Morze było przecudne. Przy sprzyjającym wietrze nie trzeba było nawet rozpinać żagli. A tym razem Turcotte zmierzał prosto do celu, nie będąc zmuszonym do nakładania drogi, zmieniania kierunku, celem wystrychnięcia kogoś na dudka. Nie musiał też nocą wracać na to samo miejsce, z którego wypłynął rano, by tak krążyć w kółko, zamiast się posuwać naprzód. Dnia 23 stycznia, około południa, „Marzenie” wjechało Złotą Bramą do Zatoki San Francisco i zarzuciło kotwicę naprzeciw Merchant Street. I co się wtedy ujawniło? Z dolnego pokładu okrętu wyszedł człowiek, któremu po raz wtóry udało się odbyć bezpłatną podróż „Marzeniem”. Nocą, kiedy statek stał na kotwicy, człowiek ten podpłynął niepostrzeżenie i ukrył się na spodzie okrętu. – Kto był tym pasażerem? – Nie kto inny, jak nasz znajomy, Chińczyk Seng-Wu. Teraz przystąpił do Williama W. Kolderup i tonem ugrzecznionym rzekł: – Najuprzejmiej proszę o wybaczenie. Wsiadając na okręt, sądziłem, że zawiezie mnie do Szanghaju, dokąd pragnąłbym wrócić. Wobec tego, że znów wróciliśmy do San Francisco, opuszczam statek. Zjawienie się Chińczyka wprawiło wszystkich w najwyższe zdumienie. Nikt nie wiedział, co odpowiedzieć intruzowi, patrzącemu na nich z uśmiechem. – Chyba nie spędziłeś całych sześciu miesięcy na dnie statku? – wykrzyknął nareszcie William W. Kolderup. – Nie! – odparł Seng-Wu. – Więc gdzie tkwiłeś przez ten czas? – Na wyspie. – Ty? – wykrzyknął z kolei Godfrey. – Tak! Ja! – Więc ten dym…? – To się rozumie. Musiałem przecież palić! – Czemu nie spróbowałeś się do nas zbliżyć? – Chińczyk lubi żyć samotnie – odparł Seng-Wu. – Sam sobie wystarcza i nie potrzebuje niczyjego towarzystwa. Po tych słowach dziwaczny ten człowiek skłonił się przed Williamem W. Kolderup, skoczył na ląd i zniknął. – Oto materjał na prawdziwego Robinzona! – zawołał wuj Wil. – Przyznasz, że nie jesteś do niego podobny – dodał, zwracając się do Godfreya. – Inna rzecz, że rasa anglo-saska niełatwo przełknie ludzi tego pokroju! – Oto rozwiązanie jednej zagadki! – wykrzyknął Godfrey. – Dym pochodził z ognisk tego Chińczyka. Ale dzikie zwierzęta…? – A mój krokodyl? – zagadnął Tartelett. – Mam nadzieję, że otrzymam jakieś wyjaśnienie! Wuj William W. Kolderup przesunął ręką po czole, jak gdyby chciał odpędzić myśl irytującą. Bo prawdziwie był to powód dostateczny do irytacji, że ktoś odważał się krzyżować jego plany! – I to się wyjaśni! – rzekł stanowczo. – Wszystko się odsłania temu, kto umie szukać. W parę dni później odbyło się ogromnie wystawne wesele siostrzeńca i wychowanki Williama W. Kolderupa. Nietrudno się domyśleć, że młoda para była przedmiotem zachwytu i podziwu przyjaciół ogólnie znanego i szanowanego bogacza. Przy tej sposobności profesor Tartelett prezentował cały swój szyk i wytworność i dobre maniery, a uczeń jego nie przynosił mu wstydu, mimo półrocznego pobytu na odludnej wyspie. Tartelett wpadł na pewien pomysł. Wobec tego, że ku wielkiej jego rozpaczy, nie można było krokodyla wbić na szpilkę, jak motyla, postanowił go wypchać. Taki okaz, pięknie spreparowany, z rozwartą paszczą, przytwierdzony do sufitu, będzie piękną ozdobą pokoju i świadectwem bohaterstwa zacnego profesora, który dzięki odwadze Karefinota nie został pożarty. Oddano więc krokodyla do preparatora, który po paru dniach przyniósł wypchanego potwora do pałacu Kolderup. Wszyscy z zainteresowaniem oglądali potwora, który właśnie Tarteletta wybrał był sobie na befsztyk. – Wszak panu wiadomo, panie Kolderup, skąd potwór ten pochodzi? – zwrócił się preparator do pana domu, prezentując mu rachunek. – Nie! – odparł wuj Wil. – Przecież pod pancerzem była etykieta. – Etykieta? – wykrzyknął Godfrey. – Proszę, oto jest! – rzekł preparator, wręczając Godfreyowi kawał skóry, na której było wypisane: William W. Kolderup, odczytawszy te słowa, wybuchnął hucznym śmiechem. Teraz zrozumiał… W jednej chwili zrozumiał wszystko! Jego przeciwnik J. R. Taskinar, nieszczęśliwy współzawodnik o kupno wyspy, przez zemstę sprowadził był od największego dostawcy menażeryj na obu półkulach cały ładunek dzikich zwierząt i gadów jadowitych, które nocą odstawił na wyspę Finy. Niewątpliwie wydał na to spory majątek, lecz udało mu się zrobić swemu znienawidzonemu rywalowi to, co podobno uczynili Anglicy z wyspą Martyniką, zanim ją oddali Francuzom. W ten sposób wyjaśniła się ostatnia zagadka, związana z pobytem na wyspie Finy. – Pomysł doskonały! – wykrzyknął William W. Kolderup. Ja sam nie byłbym wymyślił lepszego. Och, ten stary łotr Taskinar… – Skoro jednak takie straszne drapieżce żyją na wyspie Spencera – poczęła Fina – to jakże… – Na wyspie Finy! – poprawił Godfrey. – Niechże będzie na wyspie Finy – z uśmiechem zgodziła się młoda małżonka. – Tak czy owak się będzie nazywać, to jednak mieszkać na niej niepodobna z powodu tych dzikich zwierząt. – Phi! – zaśmiał się wuj Wil – więc zaczekamy z przesiedleniem się tam do czasu, aż ostatni lew zagryzie ostatniego tygrysa! – Ale wtedy, najdroższa, nie będziesz się już obawiać spędzić tam ze mną paru tygodni? – zapytał Godfrey. – Z tobą, kochany, nie obawiałabym się nigdzie! – odparła. – A wobec tego, że nie odbyłeś swej podróży dokoła świata… – Więc odbędziemy ją teraz razem! – wykrzyknął Godfrey. – A gdyby złe losy zrobiły ze mnie kiedy prawdziwego Robinzona… – To w każdym razie będzie ci towarzyszyć najwierniejsza z Robinzonek! KONIEC.
|