About: dbkwik:resource/NRH74pLrmnrwu_JGFrgCuA==   Sponge Permalink

An Entity of Type : owl:Thing, within Data Space : 134.155.108.49:8890 associated with source dataset(s)

AttributesValues
rdfs:label
  • Gehenna czyli dzieje nieszczęśliwej miłości/I/10
rdfs:comment
  • X O zachodzie Zdarzyło się pewnego dnia przed świętami Wielkanocy, że Handzia, biegając po parku, rozkwitłym już wiosennie, spotkała Kościeszę. Zatrzymał ją i, patrząc na nią długo z nietajonym zachwytem, uśmiechał się łaskawie, dobrotliwie, jak ojciec. Otoczył ją ramieniem, pytał, czemu bywa czasem smutna, czemu zamyśla się tęsknie, prosił, żeby mu wyznała szczerze, co ma w duszy. Może jej czegoś brak? On zrobi dla niej wszystko, co jest w jego mocy, byle jej było dobrze i byle się czuła szczęśliwa. Mówił, że jest zmartwiony jej skrytością, że dawna Aneczka, szczera jak kryształ jasny, zmienia się, a on nie zna powodu.
Tytuł
  • |1
dbkwik:resource/JvmuHjXQYc_EMmq-yMXeWg==
dbkwik:resource/WglBShsp9V9mYtToH6YeZw==
  • X
  • Część pierwsza
  • O zachodzie
dbkwik:resource/X7l0opWu667RHDeQudG4LA==
dbkwik:wiersze/pro...iPageUsesTemplate
Autor
  • Helena Mniszkówna
abstract
  • X O zachodzie Zdarzyło się pewnego dnia przed świętami Wielkanocy, że Handzia, biegając po parku, rozkwitłym już wiosennie, spotkała Kościeszę. Zatrzymał ją i, patrząc na nią długo z nietajonym zachwytem, uśmiechał się łaskawie, dobrotliwie, jak ojciec. Otoczył ją ramieniem, pytał, czemu bywa czasem smutna, czemu zamyśla się tęsknie, prosił, żeby mu wyznała szczerze, co ma w duszy. Może jej czegoś brak? On zrobi dla niej wszystko, co jest w jego mocy, byle jej było dobrze i byle się czuła szczęśliwa. Mówił, że jest zmartwiony jej skrytością, że dawna Aneczka, szczera jak kryształ jasny, zmienia się, a on nie zna powodu. Istotnie, dawniej Handzia byłaby się mu rzuciła na szyję i wyznała, co ją dręczy, za czym tęskni. Ale teraz stała się ostrożna, nie ufała już Kościeszy, bała się wymawiać przy nim imienia Andrzeja, by nie wywołać znowu białego błysku w oczach ojczyma, który był owego pamiętnego wieczoru po kuligu. Więc wyznała krótko, że jej trochę smutno i... że tęskni do maja, bo wówczas nastąpi najmilszy dla niej czas w ciągu całego roku. Kościesza rozluźnił swoje objęcia i spytał: - Co to jest Handziu, o czym mówisz? - O wycieczce do Wilczar, ojczymku. Będziemy znowu pod opieką Grześka odbywali długie wędrówki po stepach... - Grześko to nie opieka - wtrącił Kościesza już głosem matowym - zresztą w tym roku do Wilczar nie miałem wcale zamiaru wszystkich zabierać. Stanęła jak sparaliżowana. - Dlaczego? - No, widzisz, nie miałem zamiaru. Sam, to co innego, muszę tam być. - A przecie co roku jeździliśmy całym domem... tak przyjemnie... czemuż teraz?Kościesza patrzył na nią badawczo. Była zmieniona, jakby zastygła. Oczy jej otchłanne zaszkliły się łzawo, mrugnęła prędko powiekami, patrząc uparcie na strzęp wiosennego ziela, który szarpała w palcach. - Czy tak lubisz Wilczary? - spytał ponuro. - Ojczymek wie o tym dawno, wycieczka do Wilczar to moja największa przyjemność - mówiła przez tamowane łzy. - Ach, największa! Mogę ci zrobić stokroć większą, jeśli zechcesz. Podniosła na niego pytający wzrok. - Pojedziemy do Warszawy po świętach, dobrze? Zobaczysz dużo ludzi, teatr, piękne ogrody, magazyny, nakupisz sobie ślicznych sukienek. - Niech to ojczymek Lorce zaproponuje, ale nie mnie, Lorka to lubi, to właśnie dla niej. - Lora nic mnie nie obchodzi. - Ja zaś wolę Wilczary niż Warszawę ze wszystkimi jej przyjemnościami i magazynami. Tego nie pragnę. - Wszystkie panny to lubią. A wszak już skończysz rychło dziewiętnaście lat, jesteś panną dorosłą. - To mi nie przeszkadza lubić Wilczary. Nie, ojczymku, tyś mi przed chwilą obiecał, że zrobisz dla mnie wszystko, o co poproszę, otóż ja o wycieczkę do lasów bardzo, bardzo proszę... Przytuliła się do niego i oczy swe łzawe a głębokie podniosła i utkwiła w jego posępnych źrenicach zmrużonych złowrogo. - Tak ci chodzi o te... Wilczary? Więc dobrze, pojedziemy tam kiedyś... na parę dni. - Tylko? Nie, ojczyk żartuje, pojedziemy tam jak zwykle na kilka tygodni, na cztery, pięć... siedem tygodni. - Na całe lato może, co? - zaśmiał się przykrym śmiechem. - Ach! Jakby to było dobrze! Ja bym tam ciągle mieszkała.. Więc tam ojczymku? Pojedziemy? - Do lata jeszcze daleko, Aneczko, zobaczymy, może się zmieni twój gust do tej pory. - Mój gust? Nie! Będę wierna zawsze... - Staremu Grześkowi? - Ojczyk żartuje! To dobry znak. Będą Wilczary, będą! Zresztą dlaczegóż by wyjątek robić na ten rok właśnie, kiedy zawsze?... - Widzisz, zmieniło się trochę, zaszły pewne okoliczności... Kościesza nie dokończył, ale ona odgadła jego myśli, udała jednak, że nic nie rozumie. - Jakie tam warunki mogły się zmienić, żeby nas pozbawić Wilczar? Tak samo zawsze, jak i teraz, zależy to od ojczymka i dlatego jestem pewna, że pojedziemy. Kościesza patrzył na nią z lubością. - Jakaś ty ładna, Anuś! Ty wiesz, jak cię kocham i lubię często mieć przy sobie, tymczasem w Wilczarach zabierają mi cię stale... Grześko i natura. Gdybyś ze mną chciała jeździć, to bym wolał. - Bryczką i po tartakach? Ja wolę pieszo i w kniei. Ale zresztą - poprawiła się - jak ojczyk zechce, to będę jeździła z ojczymkiem. Na tym stanęło. Andzia oczekiwała z utęsknieniem upragnionej wycieczki coraz bardziej niepokojąc się z powodu milczenia Olelkowicza. Lorka wyśmiewała się z jej tęsknoty. Pani Malwina zaś, oczekując ciągle przyjazdu syna, wmawiała Andzi, że tylko od niej zależy, by Jaś częściej przyjeżdżał do Turzerogów. Tarłówna łatwo przejrzała manewry ciotki. Oto niby nie wyraźnie, ale stale łączyła Jasia z Andzią, Andrzeja zaś w marzeniach swych przeznaczyła dla Lory. Tak trwało do Wielkiejnocy. Jaś znowu nie przyjechał. Pani Smoczyńska wystąpiła z wyraźną wymówką do Tarłówny, że to jej wina, że oboje z Kościeszą nie wchodzą w położenie chorej matki i że są bez serca. Dziewczyna rozżalona miała długą i błagalną rozmowę z ojczymem, rezultatem której był własnoręczny list Kościeszy do Jasia, proponujący mu posadę korepetytora dla Januszka, na całe wakacje, ponieważ Bronowski na lato wyjeżdża. Warunek ten postawiony przez Kościeszę kategorycznie, okazał się jedyny, gdyż student przyjął propozycję. Anna była uradowana, ale pani Malwina i Lorka, oburzone za "wyzyskiwanie" Jasia, dręczyły ją bolesnymi wymówkami, lecz choć dokuczały one jej bardzo, nie wyznała całej prawdy, wstydząc się za Kościeszę. W połowie maja, pewnego dnia, przy obiedzie, pan Teodor zwrócił się do Andzi ze słowami: - Pojutrze wyjeżdżamy do Wilczar. Zarządź, Aneczko, co potrzeba, zabawimy tam parę tygodni. Dziewczyna wybuchnęła radością, rzuciła się do ojczyma z podziękowaniem. Nagle posmutniała i bez namysłu palnęła najniedorzeczniej: - Jaka szkoda, że Jaśka nie będzie, cóż tam bez niego! Ojczymku, zaczekajmy do końca czerwca, aż Jaś przyjedzie i wówczas dopiero... Kościesza gwałtownie wstał z krzesła, zawołał szorstko: - Jan przyjeżdża tu jedynie na posadę, nie dla przyjemności, proszę o tym pamiętać. Do Wilczar jedziemy pojutrze. Tak chcę! Zalaną łzami panią Malwinę panienki doprowadziły do jej pokoju. Prawda wyszła na jawzbyt jaskrawo i dotkliwie. Matka Jasia, tuląc Andzię do siebie, szeptała jej rozszlochana: - Biedna dziecino, czeka cię los... Izy... Nie pomogły tłumaczenia Tarłówny i jej chęć złagodzenia szorstkości ojczyma. Pani Malwina powtarzała uparcie z wielką goryczą: - Okropny! Okropny człowiek! Lora zaś starannie zamykała drzwi dokoła, przestrzegając matkę po swojemu, praktycznie. - Niech mama tak nie mówi i cicho siedzi dotąd, aż sobie nie wybudujemy jakiegoś domu w Smoczewie i pożegnamy te gościnne progi, wtedy dopiero będziemy obie gadały, ile wejdzie, bo Jaś to nawet i tego nie potrafi. Andzia wysłuchała mnóstwa gorzkich wyrzutów matki i córki, skierowanych do Kościeszy, a poniekąd i do niej. Przed wieczorem wyszła do parku, chcąc odetchnąć po nużącym popołudniu, spędzonym u ciotki. Był zachód słońca, park tonął w czerwieni, prześwitywał łuną krwistą, gorzał ogniem. Brzozy zaledwie rozwinięte spływały bogatymi falami świeżej zieloności na swe pnie atłasiście białe, świerki ciemne, prawie czarne i wielkie jodły wyglądały w powodzi zachodu niby żałobne cyprysy. Cały park nabrał wypukłości i plastyki prawdziwej; każde drzewo, każdy krzew odcinał się osobno, każdy oblany był światłem. Zachód prześwietlił park, nasycił go blaskami. Gdzieś w głębi, koło stawów, kumkały żaby, zanosiły się od śpiewu słowiki, trelując z precyzją pojedyncze tony. Andzia przebiegła wszystkie ulice i zatonęła w głębi dzikiego parku, rozciągającego się poza stawami. Zamyślona,szła wolno po miękkiej, nowej trawie na przełaj, wśród brzóz wysokopiennych i niższych piramidalnych świerków. Była już blisko jaru, kończącego park. Stok góry parkowej spływał na dół dywanem fioletowym sasanek, tkanym w żółte pasy jaskrów, obrosły był ponadto niskimi krzewami kaliny w kwieciu, tarnin i dzikich śliw. Dziewczyna zbliżyła się aż do zrębu, dość gwałtownie wpadającego w wąwóz głęboki i zupełnie zacieniony gąszczem krzewów, jak puszcza. Wtem stanęła - umiejscowił ją szmer szeptanych słów. Rozejrzała się dokoła. Opodal, na lekkim w tym miejscu skłonie góry, w cieniu dużej jodły, ujrzała dwie postacie, pochylone ku sobie w cichej rozmowie. Jedna wysoka, wielka, ze znamiennie pochyłym karkiem - Kościesza. Poznała go od razu. Ale kto drugi? Figura ni mała, ni duża, bo skulona, szara, bezbarwna, jakby krzak pokryty zgniłymi liśćmi, ale pomimo swej beztreściowości ponura... Tarłównie zamajaczyło odległe sprzed roku wspomnienie. Wilczary, Krasna Duszohuba, obóz cygański... Wróżby... Ach, tak! - To Chwedźko! Wzdrygnęła się. "Czortowski kum, niesamowity" - jak go nazwał Grześko, "kupa mierzwy" - tak powiedział Olelkowicz. Tak, to ten sam. Cóż on tu robi i kto on naprawdę? Dziewczyna przypomniała znowu słowa starego borowego i jego zająknięcia się, że "Chwedźko tylko u pana w Turzerogach ma łaski". A otóż stoją tam razem. Więc to prawda? Przyszła jej myśl, aby pójść do nich, z bliska zobaczyć tę postać zagadkową. Lecz przejął ją dziwny wstręt i ohyda. - Nie, za nic! Zakrywała ją przed nimi wielka, rozłożysta kalina i Anna cofnęła się jeszcze dalej, by jej nie ujrzeli. Odchodziła wolno, ostrożnie, oglądając się za siebie. Była już bezpieczna od ich wzroku. Obejrzała się znowu. Kościesza szedł pod górę, Chwedźko zsuwał się po stoku w dół parowu. Zgięty, sunął kocim ruchem i wyglądał jak toczący się kłąb obmierzłych łachmanów, kopnięty nogą. Przerażona, by Kościesza jej nie spostrzegł, skręciła w bok i pobiegła szybko do domu, myśląc z żalem: - I ta okropna, plugawa istota podepcze sasanki.
Alternative Linked Data Views: ODE     Raw Data in: CXML | CSV | RDF ( N-Triples N3/Turtle JSON XML ) | OData ( Atom JSON ) | Microdata ( JSON HTML) | JSON-LD    About   
This material is Open Knowledge   W3C Semantic Web Technology [RDF Data] Valid XHTML + RDFa
OpenLink Virtuoso version 07.20.3217, on Linux (x86_64-pc-linux-gnu), Standard Edition
Data on this page belongs to its respective rights holders.
Virtuoso Faceted Browser Copyright © 2009-2012 OpenLink Software