| rdfs:comment
| - Macierzyństwo - czwarty odcinek pierwszego sezonu.
- O boskie okrucieństwo nowego żywota! Blady kwiatku, wykwitły z mogiły olbrzyma! Siło rozwoju ziarna, której nic nie wstrzyma! Plonem dosytnych łanów tajemnico złota! Dziecko! Niewiedna w łonie bezpłodnym tęsknota: Niemoc bruzd rozoranych, gdy skuwa je zima; Ta niemoc, co nad siebie wybiega oczyma, Instynkt larwy motylej, gdy w przędzę się mota. Żądza samozatraty w wielkiej życia pieśni! Nadzieja, co o śmierci w imię jutra roi Jako kwiecie więdnące owocnej czereśni! Sen kniei padłej, która sił ostatkiem poi Młody gaj, wybujały z jej próchna i pleśni, I słucha w jego szumie końca pieśni swojej.
|
| abstract
| - Macierzyństwo - czwarty odcinek pierwszego sezonu.
- O boskie okrucieństwo nowego żywota! Blady kwiatku, wykwitły z mogiły olbrzyma! Siło rozwoju ziarna, której nic nie wstrzyma! Plonem dosytnych łanów tajemnico złota! Dziecko! Niewiedna w łonie bezpłodnym tęsknota: Niemoc bruzd rozoranych, gdy skuwa je zima; Ta niemoc, co nad siebie wybiega oczyma, Instynkt larwy motylej, gdy w przędzę się mota. Żądza samozatraty w wielkiej życia pieśni! Nadzieja, co o śmierci w imię jutra roi Jako kwiecie więdnące owocnej czereśni! Sen kniei padłej, która sił ostatkiem poi Młody gaj, wybujały z jej próchna i pleśni, I słucha w jego szumie końca pieśni swojej. I Czasem wróżby żywota dla ciebie Szukam wkoło i nękam się trwogą: Że me oczy na grozę paść mogą I że szczęście twe sama pogrzebię. Czasem boję się łuny na niebie, Gdy zachodnią się pali pożogą... Czasem boję się czerwia pod nogą I ziół zwiędłych, gdy wiatr je kolebie. Szukać pragnę krynicy zaklętej, By, jak mistrz w dzieła złotą pożogę, W ciebie zakląć wszech światów ponęty. I śmiertelny ból czuję, i trwogę, Że przed tobą, coś we mnie poczęty, Ran swych własnych utaić nie mogę. II Lecz ta męka mym szczęściem jedynem, Że w mym dziecku powstanie od nowa Cała własnej mej duszy osnowa - I ostanie, gdy ja już przeminę. Zmartwychwstanie mój sen - moim synem! Baśń bezsennych mych nocy tęczowa, Która w złoty dzwon mocy przekowa Ból mój wszelki, milczenie i winę. Patrzę w wielkie rozwarte źrenice Mego dziecka, jak topią się we mnie, Śniąc, że duszy nić własnej uchwycę... I lęk nagły pogrąża mię w ciemnie: Bowiem widzę w nich już - tajemnicę, Którą przejrzeć pożądam daremnie. III Nowy żywot niech nową pieśń śpiewa! Odlatują pszczół letnich wyroje, Kwietnych puchów kołyszą się zwoje: Jak najdalej los siewy zasiewa. Słabość wiąże owoce do drzewa. Nową pieśnią mi bądź, dziecko moje! Już się twoich odlotów nie boję, Choć słoneczna cię porwie ulewa. Otom w duchu swym siebie straciła: I bezmierniem tą stratą bogata, Bowiem wszystkim mię czyni jej siła. Jestem twoja tęsknota skrzydlata, Jestem żywot i sen, i mogiła, I ten liść, co pod nogi ci zlata... IV Czyż nie dosyć, że krew ze krwi mojej? Czyż nie dosyć, że kość z mojej kości, Ciało z ciała i miłość z miłości? Czyż tej jednej za mało ostoi? Oto z mego żywota podwoi Wzniosłam zamek zwycięskiej wieczności, Lecz już nowy sen w dziele mym gości, Już nie moją potęgą gmach stoi. Przeminęłam jak skarga daleka Fali mrącej wśród rzecznych komyszy; Rzeka życia ucieka... ucieka... Cóż, że morze jej skarg nie usłyszy? Morzem w ujściu swym staje się rzeka. Ciszej, duszo... ciszej... ciszej... ciszej... Image:PD-icon.svg Public domain
|