About: dbkwik:resource/bG8hrQSnGZBavY9oNfBBmA==   Sponge Permalink

An Entity of Type : owl:Thing, within Data Space : 134.155.108.49:8890 associated with source dataset(s)

AttributesValues
rdfs:label
  • W krainie białych niedźwiedzi/I/23
rdfs:comment
  • Jasper Hobson nie przestawał myśleć o losach oddziału, mającego przybyć z fortu Reliance. Nie wątpił już wcale, że zabłądzić on musiał w tej pustynnej okolicy. A przytem złe przeczucia nurtowały jego duszę. Dzielny ten człowiek patrzał w przyszłość z pewnym niepokojem. Dlaczego? Nie mógłby odpowiedzieć. Zdawało się przecież, że los mu sprzyja. Jego towarzysze, mimo ciężkiej zimy, cieszyli się najlepszem zdrowiem. Żadnej niesnaski nie było między nimi. Obowiązki swe spełniali gorliwie. Okolica obfitowała w zwierzynę. Futra cenne złożone w składzie, przynosiły mu chlubę w oczach Towarzystwa. Przypuściwszy, nawet, że zapasy fortu Nadziei wyczerpią się, czyż dla przyszłego zimowania nie dostarczy ich ta bogata w drzewo i zwierzynę okolica? Dlaczegoż więc troska zasępiała czoło porucznika?
Tytuł
  • |1
dbkwik:resource/JvmuHjXQYc_EMmq-yMXeWg==
  • [[
dbkwik:resource/WglBShsp9V9mYtToH6YeZw==
  • Część I
  • Rozdział
dbkwik:resource/X7l0opWu667RHDeQudG4LA==
adnotacje
  • Dawny|1925 r
dbkwik:wiersze/pro...iPageUsesTemplate
Autor
  • Juliusz Verne
abstract
  • Jasper Hobson nie przestawał myśleć o losach oddziału, mającego przybyć z fortu Reliance. Nie wątpił już wcale, że zabłądzić on musiał w tej pustynnej okolicy. A przytem złe przeczucia nurtowały jego duszę. Dzielny ten człowiek patrzał w przyszłość z pewnym niepokojem. Dlaczego? Nie mógłby odpowiedzieć. Zdawało się przecież, że los mu sprzyja. Jego towarzysze, mimo ciężkiej zimy, cieszyli się najlepszem zdrowiem. Żadnej niesnaski nie było między nimi. Obowiązki swe spełniali gorliwie. Okolica obfitowała w zwierzynę. Futra cenne złożone w składzie, przynosiły mu chlubę w oczach Towarzystwa. Przypuściwszy, nawet, że zapasy fortu Nadziei wyczerpią się, czyż dla przyszłego zimowania nie dostarczy ich ta bogata w drzewo i zwierzynę okolica? Dlaczegoż więc troska zasępiała czoło porucznika? Mrs. Paulina Barnett uspokajała go nieraz temi argumentami, pewnego zaś razu przechadzając się z nim wzdłuż wybrzeża starała się jeszcze z większym naciskiem wykazać bezpodstawność jego obaw. – Przyznaję pani słuszność, – odpowiedział na jej słowa porucznik, – lecz trudno walczyć z przeczuciem! Wszak nie należę do rzędu ludzi, którzy poddają się urojeniom! Ileż to razy w mem życiu żołnierskiem znalazłem się w okolicznościach bardzo krytycznych, a jednak nie wzruszałem się niemi bynajmniej. Pierwszy to raz, że z niepokojem patrzę w przyszłość! Gdybym miał do czynienia z niebezpieczeństwem wiadomem, nie obawiałbym się wcale. Ale niebezpieczeństwo, którego nie znam, a które przeczuwam, przejmuje mnie trwogą… – Ale jakie niebezpieczeństwo? – spytała Mrs. Paulina Barnett, – i czego się pan obawia, ludzi, zwierząt, czy żywiołów? – Zwierząt? żadną miarą, – odrzekł porucznik. – Niech one obawiają się przylądka Bathurst. Ludzi? Nie. Stron tych nie odwiedza nikt prócz Eskimosów, Indjanie bowiem rzadko zjawiają się tutaj… – I pozwolę sobie zwrócić panu uwagę, że Kanadyjczycy, których odwiedzin mógłby się pan poczęści obawiać w porze letniej, nie zjawili się wcale… – Czego mocno żałuję! – Co? pan żałuje tych współzawodników, którzy byli prawdopodobnie wrogo usposobieni dla Towarzystwa? – Żałuję i nie żałuję!… Trudno mi to wytłumaczyć! … Niech pani zechce zwrócić uwagę na to, że wysłańcy z fortu Reliance mieli przybyć i nie przybyli. Podobnie agenci Towarzystwa St. Louis, mogli byli przyjść i nie przyszli. Nawet żaden Eskimos nie zjawił się na tem wybrzeżu… – I cóż pan z tego wnioskuje, panie Hobson? – spytała Mrs. Paulina Barnett. – Że może nie tak to „łatwo” dostać się do przylądka Bathurst i do fortu Nadziei, jakby się to zdawało! Podróżniczka spojrzała na posępne czoło porucznika i zastanowiła się nad wyrazem „łatwo”, który wymówił z tak osobliwym naciskiem. – Poruczniku Hobson, skoro pan się nie obawia ani zwierząt, ani ludzi, przypuszczam więc, że to żywioły… – Proszę pani, – rzekł porucznik, – nie wiem czy umysł mój wyszedł z równowagi pod wpływem mego przeczucia, lecz kraina ta wydaje mi się dziwną. Gdybym ją był znał lepiej, nie byłbym się może w niej osiedlił. Wspominałem pani o niektórych osobliwościach, których wytłumaczyć sobie nie mogłem, jak brak zupełny kamieni w tych stronach i to tak widoczne ścięcie wybrzeża! Pierwotna formacja tego krańca lądu nie wydaje mi się zupełnie jasna! Wiem, że sąsiedztwo wulkanu może wywołać pewne zjawiska… Pani sobie przypomina, co mówiłem o zjawisku przypływu i odpływu. – Doskonale, panie Hobson. – Tam, gdzie przypływ morza, stosownie do twierdzenia odkrywców tych stron, miał dosięgać piętnastu lub dwudziestu stóp, morze podnosi się zaledwie na stopę! – Zapewne – rzekła Mrs. Paulina Barnett, – ale pan równocześnie tłumaczył, że zjawisko to jest związane z budową osobliwą wybrzeża, ze zwężeniem cieśnin… – Starałem się tylko wytłumaczyć! – odezwał się Jasper Hobson, ale przedwczoraj zauważyłem zjawisko jeszcze bardziej niezwykłe, którego przyczyny nie potrafiłbym objaśnić i wątpię, żeby uczeni wypowiedzieć się mogli w tym względzie. Mrs. Paulina Barnett spojrzała na porucznika. – Jakież to zjawisko? – spytała. – Przedwczoraj, była pełnia księżyca i według rocznika astronomicznego przypływ miał być bardzo silny. Tymczasem morze nie podniosło się nawet o stopę, jak to bywało dotąd! Nie podniosło się „wcale”. – Pan musiał się omylić. – Bynajmniej. Przedwczoraj, 4 lipca, zauważyłem sam, że przypływu nie było wcale w okolicy przylądka. – I wnioskuje pan stąd… – Wnioskuję, że albo prawa, rządzące przyrodą zmieniły się, albo… że kraina ta znajduje się w położeniu wyjątkowem… a raczej… nie wnioskuję, nie tłumaczę… nie rozumiem… i dlatego… jestem niespokojny! Mrs. Paulina Barnett nie nalegała więcej. Oczywistą było rzeczą, że nieobecność przypływu jest zjawiskiem niezwykłem, zjawiskiem tak wyjątkowem, jakiem byłaby nieobecność słońca na południku w porze południowej, chyba że trzęsienie ziemi zmieniło skład budowy wybrzeża i stron podbiegunowych… Przypuszczenie to jednak nie zadowoliłoby poważnego badacza zjawisk ziemskich. Że zaś porucznik nie mylił się, o tem mogła przekonać się Mrs. Paulina Barnett sama, gdy owego to dnia, 6 lipca, wraz z porucznikiem stwierdziła, na umieszczonej w tym względzie skali na wybrzeżu, że morze, które w roku zeszłym podniosło się było na stopę, obecnie nie zmieniło wcale poziomu! File:'The Fur Country' by Férat and Beaurepaire 052.jpg Uwagą tą nie podzielono się z nikim. Porucznik nie chciał trwożyć towarzyszy. Ale sam stawał często milczący, nieruchomy na szczycie przylądka, wpatrzony w morze falujące swobodnie u jego stóp. W lipcu ustało polowanie na zwierzęta o cennych futrach, w tym czasie bowiem tracą one zimowe swe szaty. Musiano więc zadowolić się polowaniem na zwykłą zwierzynę jadalną, jak karibu, zające północne i inne, które, dziwnym przypadkiem – jak to zauważyła Mrs. Paulina Barnett, – mnożyły się w okolicy przylądka Bathurst, pomimo że nie oszczędzano ich wcale. Do 15 lipca nie zaszło nic nowego. Żadnej wiadomości o wysłańcach z fortu Reliance. Jasper Hobson postanowił przeto udać się do kapitana Craventy, skoro kapitan nie przybywał do niego. Oczywista, że przywódcą małego oddziału, który wysłać zamierzał, nie mógł być nikt inny, jak tylko sierżant Long. Sierżantowi Long było markotno rozstawać się z porucznikiem. Wiedział bowiem, że do fortu powrócić będzie mógł dopiero za osiem miesięcy to jest z początkiem przyszłego lata. Mac Nap i Raë mogliby byli zapewne zastąpić sierżanta, ale byli żonaci i zresztą jeden jako cieśla, drugi jako kowal, byli potrzebni w faktorji. To też sierżant Long poddał się rozkazowi Jasper Hobson’a po „wojskowemu”. Mieli mu towarzyszyć Belcher, Pond, Petersen i Kellet – czterej żołnierze, którzy oświadczyli gotowość wyjazdu. Czworo sanek przygotowano w tym celu. Miały one zabrać zapasy żywności i futra najcenniejsze, jak lisy, gronostaje, kuny, łabędzie, ostrowidze, piżmowce, wolwereny. Wyjazd był naznaczony na 19 lipca rano, nazajutrz po zaćmieniu. Tomasz Black, jak o tem wspominaliśmy, miał towarzyszyć wyprawie, a jedne z sanek były przeznaczone dla niego i jego przyrządów. Przyznać należy, że godny ten uczony w nieszczęśliwych warunkach oczekiwał tak upragnionego przez siebie zaćmienia. Zmienność pogody, częste mgły, powietrze dżdżyste lub wilgotne, niestały kierunek wiatru, wszystko to niepokoiło go wielce. Nie jadł, nie pił, nie spał wcale na myśl, że, jeżeli podczas tych kilku minut, w ciągu których trwać będzie zaćmienie, niebo będzie zasnute mgłą, on, Tomasz Black, astronom wysłany do zbadania zjawiska, nie ujrzy ani księżyca, ani słońca, a tem samem chybi celu! I cały jego trud, całe poświęcenie pójdzie na marne! – Dążyć z tak daleka, aby zobaczyć księżyc i nie widzieć go wcale!” – wołał z komicznym patosem. Nie! zgodzić się z tą myślą było ponad jego siły. Wraz z nadejściem mroku szedł na szczyt przylądka i przyglądał się niebu. Nawet nie miał tej pociechy, żeby móc podziwać jasną planetę w tej chwili! Księżyc miał się ukazać dopiero za trzy dni; towarzyszył on słońcu w jego drodze kolistej, więc znikał w jego promieniach! Tomasz Black zwracał się często ze swą troską do Mrs. Pauliny Barnett. Zacna kobieta współczuła mu wielce, a razu pewnego, gdy barometr podniósł się nieco, starała się go pocieszyć, donosząc mu o tem i dodając, że w lecie o zmianę atmosferyczną nie trudno. – W lecie, – zawołał Tomasz Black, wzruszając ramionami. – Czy lato istnieje w tej krainie! – Ależ, panie Black – odpowiedziała Mrs. Paulina Barnett, – przypuściwszy nawet, że to zaćmienie ominie pana, to w każdym razie nie będzie ono ostatnie. – Nie będzie ostatnie, zapewne, – odpowiedział astronom. – Po niem nastąpi pięć całkowitych zaćmień do 1900 r.: pierwsze 31 grudnia 1861, na Atlantyku, morzu Śródziemnem i w pustyni Saharze; drugie 22 grudnia 1870, na wyspach Azorskich, w południowej Hiszpanji, Algerze, Sycylji i Turcji; trzecie 19 sierpnia 1887 na północo-wschodzie Niemiec, w południowej Rosji i Rosji środkowej; czwarte 9 sierpnia 1896, w Grenlandji, Laponji i Syberji, wreszcie w 1900, 28 maja w Stanach Zjednoczonych, Algerze i Egipcie. – A więc, – odezwała się Mrs. Paulina Barnett – jeżeli ominie pana zaćmienie z 18 lipca 1861, pocieszy się pan następnem z 31 grudnia 1861 r. Cóż znaczy siedemnaście miesięcy! – Pocieszyć mógłbym się dopiero za dwadzieścia sześć lat – odpowiedział poważnie astronom. – A dlaczego? – Dlatego, że ze wszystkich tych zaćmień jedno tylko 9 sierpnia 1896, nastąpi całkowicie w stronach podbiegunowych, jak Laponia, Syberja lub Grenlandja. – Ale z jakiego powodu chce pan badać koniecznie zaćmienie na tak wysokiej szerokości geograficznej? – spytała Paulina Barnett. – Z jakiego powodu? – zawołał Tomasz Black, – ależ z tego powodu, że dla nauki ma ono największe znaczenie. Rzadko kto badał zaćmienie słońca w tych stronach podbiegunowych, gdzie tarcza słoneczna, znajdując się nisko nad horyzontem wydaje się z pozoru największa. To samo da się powiedzieć o księżycu, który zakrywa ją pozornie, a w tych warunkach badanie wieńca świetlnego i protuberancji jest dokładniejsze. Oto dlaczego jestem tu w tej chwili, powyżej siedemdziesiątego równoleżnika! Okoliczność ta powtórzyć się może dopiero w 1896 r.! Czy pani zapewni mnie, że dożyję tej chwili? Pytanie to musiało pozostać bez odpowiedzi, Tomasz Black więc niepokoił się w dalszym ciągu, gdyż pogoda nie wróżyła nic dobrego. 16 lipca powietrze było czyste, ale zato nazajutrz niebo zasnuło się gęstą mgłą. Tomasz Black o mało że się nie rozchorował. Stan gorączkowy, który go trawił od dni kilku, groził poważnie jego zdrowiu. Mrs. Paulina Barnett i Jasper Hobson starali się go uspokoić napróżno. Co zaś do sierżanta Long i innych, nie mogli oni zrozumieć, jak można być tak nieszczęśliwym z powodu „miłości do księżyca!” 18 lipca wreszcie nastał wielki dzień. Zaćmienie słońca, wedle danych astronomicznych, miało trwać cztery minuty i trzydzieści siedem sekund, to jest od jedenastej czterdzieści trzy minuty i piętnaście sekund do jedenastej czterdzieści siedem minut i pięćdziesiąt siedem sekund z rana. – O cóż mi chodzi? – wołał płaczliwie astronom, wyrywając sobie włosy. – O to tylko, aby jeden kąt nieba, jeden kącik, w którym ma się dokonać zaćmienie był czysty, bez obłoków i to na jak długi przeciąg czasu? zaledwie na cztery minuty! A później niech śnieg pada, niech grzmi, niech wszystkie żywioły szaleją, będzie mnie to obchodziło tyle co ślimaka chronometr!” Nie bez powodu niepokoił się Tomasz Black. Badanie zaćmienia nie dojdzie zapewne do skutku. O wschodzie słońca horyzont pokrył się mgłą. Gęste chmury ciągnęły z południa właśnie w tej części nieba, gdzie zaćmienie miało nastąpić. Ale widocznie dobry duch astronomów zlitował się nad Tomaszem Black, gdyż około ósmej zerwał się wiatr północny, spędzając chmury zupełnie! Jakąż radością i wdzięcznością wezbrało serce astronoma! Niebo było czyste, słońce w całym blasku oczekiwało na księżyc, mający je zaćmić stopniowo! Natychmiast zaniesiono narzędzia astronomiczne na szczyt przylądka, poczem Tomasz Black nastawił lunetę w kierunku południowym i czekał. Odzyskał spokój i równowagę. Czegóż miał się obawiać w tej chwili? Chyba żeby niebo nie spadło mu na głowę! O dziewiątej najmniejsza chmurka nie zasłaniała horyzontu ani zenitu!. Nie można było żądać pomyślniejszych warunków! Jasper Hobson i jego towarzysze, Mrs. Paulina Barnett i reszta kobiet byli obecni tej uroczystej chwili. Słońce podnosiło się stopniowo, zakreślając wydłużony łuk nad rozległą równiną ciągnącą się na południe. Zjawiska oczekiwano w milczeniu i z wielkiem skupieniem. O pół do dziewiątej rozpoczęło się zaćmienie. Tarcza księżyca pokryła częściowo tarczę słoneczną. Ale całkowite zaćmienie miało nastąpić dopiero po jedenastej, jak to głosił dziennik astronomiczny, nie mylący się nigdy. File:'The Fur Country' by Férat and Beaurepaire 053.jpg Tomasz Black rozdał obecnym przyćmione szkła, które był przywiózł z sobą. Można więc było przypatrywać się zjawisku bez uszczerbku dla oczu. Brunatna tarcza księżyca zbliżała się powoli. Przedmioty zaczęły nabierać barwy żółtawo-pomarańczowej. Niebo zmieniło swój wygląd. O kwadrans na jedenastą tarcza słoneczna była zaćmiona do połowy. Psy, błądzące swobodnie, zaczęły się niepokoić i szczekać żałośnie. Kaczki, stanąwszy nieruchomo na wybrzeżu jeziora, zaczęły wydawać swe okrzyki wieczorne, szukając na noc legowiska. Matki zwoływały pisklęta, garnąc je pod swe skrzydła. Dla zwierząt zjawisko to było równoznaczne z nocą, to jest z godziną spoczynku. O jedenastej dwie trzecie tarczy słonecznej były przysłonięte. Przedmioty nabrały barwy czerwono-winnej. Półmrok zapanował wszędzie, zwiastując noc, mającą trwać cztery minuty. Kilka planet, jak Merkury, Wenus zjawiły się na niebie, a z niemi konstelacje Kozła, Byka i Oriona. Mrok zwiększał się coraz bardziej. Tomasz Black, z okiem przy szkiełku lunety, nieruchomy, milczący, badał postęp zjawiska. O jedenastej minut czterdzieści trzy dwie tarcze miały pokrywać się wzajemnie. – Czterdzieści trzy minuty po jedenastej – odezwał się Jasper Hobson, przypatrując się bacznie wskazówce swego sekundnika. Tomasz Black, nachylony nad lunetą, nie poruszał się wcale. Upłynęło pół minuty… Tomasz Black wyprostował się, z okiem szeroko rozwartem. Poczem nachyliwszy się nad szkiełkiem nie odrywał odeń wzroku przez pół minuty, a wyprostowawszy się nagle: – Ucieka, ucieka! – wykrzyknął głosem zdławionym. – Księżyc ucieka, księżyc znika! Istotnie. Tarcza księżycowa przesuwała się po tarczy słonecznej, nie zasłaniając jej całkowicie! Dwie trzecie tylko tarczy słonecznej były zasłonięte. Tomasz Black opadł w osłupieniu! Cztery minuty upłynęły. Rozjaśniało się stopniowo. Zjawisko wieńca świetlnego nie ukazało się wcale. – Co się stało? – spytał Jasper Hobson. – Co? – zawołał astronom, – stało się to, że w tem miejscu kuli ziemskiej zaćmienie nie było całkowite. Czy pan słyszy, co mówię: nie było cał-ko-wi-te. – A zatem dane astronomiczne są fałszywe. – Fałszywe! niech pan to mówi komu innemu, panie poruczniku! – A zatem… – zawołał Jasper Hobson, mieniąc się na twarzy. – Ą zatem, nie jesteśmy pod siedemdziesiątym równoleżnikiem – Co pan mówi! – zawołała Mrs. Paulina Barnett. – Przekonamy się o tem wkrótce! – rzekł astronom z gniewnym błyskiem w oczach. – Za kilka minut słońce będzie na południku… Gdzie jest mój sekstant? Jeden z żołnierzy pobiegł prędko do domu i przyniósł żądane narzędzie. Tomasz Black nakierował sekstant ku słońcu, poczekał, aż dojdzie do południka, poczem, spuszczając przyrząd, i obliczając naprędce w swym notatniku: – Jakie było – spytał – położenie przylądka, gdy rok temu mierzyliśmy jego szerokość geograficzną? – Siedemdziesiąt stopni, czterdzieści cztery minuty i trzydzieści siedem sekund! – odpowiedział porucznik. – A teraz znajduje się na szerokości siedemdziesięciu trzech stopni, siedmiu minut i dwudziestu sekund! Widzi pan stąd, że nie znajdujemy się na siedemdziesiątym równoleżniku!… – A raczej, że już nie znajdujemy się na nim! – szepnął Jasper Hobson. Nagle nowa myśl zabłysła w jego umyśle! Wszystkie zjawiska, dotąd niezrozumiałe, stały się naraz jasnemi!… Terytorjum przylądka Bathurst, od czasu przybycia porucznika Hobsona „posunęło się” o trzy stopnie na północ.
Alternative Linked Data Views: ODE     Raw Data in: CXML | CSV | RDF ( N-Triples N3/Turtle JSON XML ) | OData ( Atom JSON ) | Microdata ( JSON HTML) | JSON-LD    About   
This material is Open Knowledge   W3C Semantic Web Technology [RDF Data] Valid XHTML + RDFa
OpenLink Virtuoso version 07.20.3217, on Linux (x86_64-pc-linux-gnu), Standard Edition
Data on this page belongs to its respective rights holders.
Virtuoso Faceted Browser Copyright © 2009-2012 OpenLink Software