| abstract
| - 4 I klejnotami zabłyśnie na skroni, W kształt złożonymi onej zimnosokiej, Co się ogonem od ujęcia broni; 7 Więc noc z naszego miejsca już dwa kroki Naprzód zrobiła i, gotując nowy, Skrzydłem zniżonym wionęła przez mroki, 10 Gdy ja, spuścizny dziedzic Adamowej, Nagle zmorzony snem, kędyśmy w pięci Siedzieli, na ruń nachyliłem głowy. 13 W godzinie kiedy, bolesnej pamięci Pełna, jaskółka blisko u przedświtu Pierwszym kwileniem powietrze zasmęci; 16 Gdy myśl, władniejsza pani swego bytu I swobodniejszych wiadoma polotów, Zdolna jest jakby wieszczego zachwytu, 19 U lazurowych zwieszony namiotów Ukazał mi się orzeł złotopióry, Cały rozpięty, do runięcia gotów. 22 A śniłem, żem stał na wierzchołku góry, Skąd był porwany od króla lataczy Ganimed między olimpijskie chóry. 25 Dumałem: orzeł w tym miejscu co znaczy? Może on tu jest na swym żerowisku, Może skądinąd łupu brać nie raczy? 28 Kręgi po kręgach zataczał, aż w błysku Gromu spadł ma mnie ptak przerażający, Uniósł i w górnym zawisnął ognisku. 31 Tam nas oboje owiał żar gorący:300px|right Mniemany płomień tak się w ciało wżerał, Żem się obudzić musiał mimochcący. 34 Nie inaczej się Achilles wydzierał Snowi i wznosząc zdumiałe powieki, Po nieznajomej krainie spozierał, 37 Gdy wyjętego z Chirona opieki Matka zaniosła pod Skiryjskie straży, Skąd go dwa sławne wywabiły Greki — 40 Jakom ja zadrżał, kiedy sen mi z twarzy Pierzchnął; stanąłem tak bladością siny Jak człowiek, co go przestrach mrozem zwarzy. 43 Przy moim boku Mistrz został jedyny; Oczy ku toni obrócone były; Słońce zrobiło w górę dwie godziny. 46 „Nie miej ty lęku — rzecze Pan mój miły — Oto kres bliski naszego pochodu, Zatem nie ścieśniaj, lecz rozprężaj siły. 49 U czyśćcowego stanęliśmy wzwodu; Patrz na przedmurze stok okrążające, Środkiem spękane jakby dla przechodu. 52 W chwili gdy jutrznia wywróżyła słońce, A duch spał w ciało spowity człowiecze Na umajonej pięknym kwieciem łące, 55 Przyszła niewiasta ku mnie i tak rzecze: »Jam Łucja; daj, niech śpiącego zabiorę I łatwość drogi jemu ubezpieczę«. 58 Śród zacnych cieniów Sordel pod tę porę Bawił, gdy wschodnia zabielała strona; Łucja szła naprzód, a ja za nią w górę. 61 Tu cię złożyła, a mnie zaświecona Ócz jej pochodnia ku tej wiodła bramie; Potem odeszli razem — sen i ona". 64 Jak człowiek, co się z domysłami łamie, Lecz po wahaniu pewność bierze w duszę, Skoro rzecz zyska rzetelności znamię, 67 Tak jam się zmienił; więc Wódz, mię w otusze Widząc, do góry posunął po wale; Ja tedy za nim ku wyżynom ruszę. 70 Widzisz, słuchaczu, jak wznoszę pomale Gmach mej powieści, więc nie miej we wstręcie, Że tutaj wyższym kunsztem go utrwalę. 73 Jużeśmy doszli i tam w tym momencie Stali, gdziem ściany jakoby rozwarte Widział przez owo pionowe pęknięcie. 76 Brama to była; a do niej przyparte Kamienne stopnie barw jawiły troje: Na nich milczącą obaczyłem wartę. 79 Kiedy w nią baczniej me źrenice wpoję, Poznam Anioła; na najwyższym głazie Siedział tak jasny, że rwał oczy moje.300px|right 82 Dłonią miecz goły trzymał, a w żelazie Taka się jasna paliła poświata, Żem nie mógł okiem zdzierżyć go na razie. 85 „Z daleka stojąc, mówcie! — woła czata. — Co wy za jedni? Kto dróg waszych strzeże? Baczcież, aby was nie potkała strata". 88 „Niebieska Pani świadoma w tej mierze — Rzekł Mistrz — przed chwilą ukazała wzwody, Mówiąc: »Wstępujcie w górę, oto dźwierze«". 91 „Niechże was wiedzie do celu bez szkody — Przemówił znowu uprzejmy odźwierny — Wstępujcie zatem na te nasze schody". 94 Pierwszy był biały, gładkości misternej, Przeczysty marmur; jak szkło jednolity, Powierzchnią obraz mój odbijał wierny. 97 Schód drugi z ciemnogranatowej płyty, Powierzchni szorstkiej, słońcem przepalonej, Wzdłuż i wszerz gęsto szczerbami poryty. 100 Trzeci zaś stopień, na sam szczyt zwalony,: Barwą porfirów zdał się rozpłonięty, Jak krew, co tryśnie prosto z ran, czerwony. 103 Na nim swe stopy oparł Anioł święty, Sam zaś na progu wrót zasiadł na straży; Próg był tak lśniący jako diamenty. 106 Po dobrej woli, w powyż trzech poroży Wszedłem z mym Panem. On rzekł: „Kornym czołem Uderz i poproś, niechaj ci otworzy". 109 Przeto nabożnie padłem przed Aniołem: „Łaski! Otwórz mi!" — wołając nieśmiele I w pierś się bijąc. Miecza ostrzem gołem 112 Odźwierny siedm „P" wyrył mi na czele. „Bacz — mówił — niech się każda plama spłucze, Podczas gdy będzie hartował się w dziele". 115 Popiół lub gleba, gdy ją skwar potłucze, Równały barwie szat świętej Istoty; Spod szaty Anioł wydobył dwa klucze: 118 Jeden był srebrny, drugi szczerozłoty; Więc najprzód białym, żółtym zaś po chwili W zamku pracując, koił me tęsknoty. 121 „Gdy bodaj jeden z tych kluczów omyli — Mówił — snadź jakiś błąd zachodzi, za czym Już się ta furta przejściu nie odchyli. 124 Jeden cenniejszy; drugiego badaczem Trzeba być lepszym, by bramę otworzył, Bo on jest właśnie węzła rozdziergaczem. 127 Piotr mi je w ręce podał i dołożył: »Raczej litością grzesz tutaj niż wstręty, Byle się grzesznik u nóg twoich korzył«". 130 Tedy pchnął Anioł skrzydła bramy świętej. „Wchodźcie — rzekł — ale wiedzcie, idąc wyżej: Kto spojrzy za się, będzie odepchnięty". 133 Ukuta z twardej i brzęczącej spiży, Na swoich czopach wykręcona cała, Obróciła się tarcza świętych dźwierzy. 136 A nie zgrzytnęła tak ni się wzdragała Odewrzeć, zbywszy Metella obrony Na ujmę skarbów swych, Tarpejska Skała. 139 Słuchem pobiegłem w nowe regijony Te Deum brzmiało za bramy okołem W głosach zmieszanych z muzycznymi tony. 142 Takie wrażenie w me zmysły przejąłem Z owej muzyki, jak to na przemiany, Gdy z organami śpiew się złączy społem, 145 To śpiew góruje, to znowu organy.
|