About: dbkwik:resource/lKNTB9p_UD2EVbxvjx7z9A==   Sponge Permalink

An Entity of Type : owl:Thing, within Data Space : 134.155.108.49:8890 associated with source dataset(s)

AttributesValues
rdfs:label
  • Zima pośród lodów/13
rdfs:comment
  • W kilka dni po przybyciu do okrętu, dwaj Norwegczycy znaleźli sposobność zagrabienia skrzyni z soleném mięsiwem. Ludwik Cornbutte, dowiedziawszy się o tém, rozkazał im rzecz za­grabioną natychmiast zwrócić. Rozkaz ten nie poskutkował bynajmniéj i Aupic stanął po stronie rabusiów, działających na szkodę osady. Vasling odezwał się także z uwagą, że jest to sku­teczna odpowiedź na zmniejszenie porcyj żywności. Ludwik Cornbutte zawołał Penellana na po­most i spytał go się, co dzieje się z zapasami pa­liwa. — Jeżeli nie znajdziemy sposobu oparcia się zimnu, zginiemy niezawodnie.
dbkwik:resource/JvmuHjXQYc_EMmq-yMXeWg==
dbkwik:resource/WglBShsp9V9mYtToH6YeZw==
  • Rozdział XIII
dbkwik:resource/X7l0opWu667RHDeQudG4LA==
adnotacje
  • Dawny|1880 r
dbkwik:wiersze/pro...iPageUsesTemplate
Autor
  • Juliusz Verne
abstract
  • W kilka dni po przybyciu do okrętu, dwaj Norwegczycy znaleźli sposobność zagrabienia skrzyni z soleném mięsiwem. Ludwik Cornbutte, dowiedziawszy się o tém, rozkazał im rzecz za­grabioną natychmiast zwrócić. Rozkaz ten nie poskutkował bynajmniéj i Aupic stanął po stronie rabusiów, działających na szkodę osady. Vasling odezwał się także z uwagą, że jest to sku­teczna odpowiedź na zmniejszenie porcyj żywności. Trzeba im to było wyjaśnić, a nadto dowieść, że czekają oni sposobności, aby jawnie wystąpić z karygodném nieposłuszeństwem. W tym celu właśnie udał się ku nim Penellan, ale te łotry wyciągnęły z zapasa noże, grożąc śmiercią Bre­tończykowi. Misonne i Turquiette, widząc na co się zanosi, pośpieszyli mu z pomocą, wydarli noże Norwegczykom i odebrali im skrzynię z mięsi­wem. Vasling i Aupic, widząc że sprawa zły przy­jęła obrót, uznali za stosowne wcale się do niéj nie mieszać. Mimo to, Ludwik wziął Vaslinga nabok i rzekł mu: — Poruczniku, jesteś łotrem. Wiem o twojém postępowaniu wszystko i znam twoje zamiary, ale ponieważ bezpieczeństwo osady polega na mojéj odpowiedzialności, przeto uprzedzam cię, że ktokolwiek działać będzie na jego szkodę, ten się narazi na pchnięcie mego puginału. — Panie Cornbutte — odrzekł Vasling — masz prawo chciéć i rozkazywać, ale zwracam pańską uwagę, że w tych stronach nie bardzo się uważać zwykło na wszelkie stopnie starszeństwa i że tu ten lepszy i mądrzejszy, kto silniejszy. Marya, która dotąd nie ulękła się najgroźniej­szych burz i najstraszliwszych niebezpieczeństw, teraz drżała od trwogi na myśl, iż jest powodem nienawiści. Tylko niezachwiana energia i sta­nowczość Ludwika dodawała jéj otuchy. Pomimo otwartego prawie wzywania do wal­ki, obie strony wspólnie przepędzały chwile spo­czynku. Polowanie dostarczyło kilka kaczek i białych zajęcy; ale wskutek zwiększającego się zimna, które już i tak było przerażającém, do za­pasów tych nic nie przybywało. Zimna te rozpo­częły się równo z porównaniem dnia z nocą, a mianowicie z d. 22 grudnia; wówczas to termo­metr spadł do trzydziestu pięciu stopni niżéj zera. Biedni nasi marynarze doznawali straszliwego bólu oczów, nosa, dotkliwych cierpień we wszystkich kończynach ciała; spostrzegli z przerażeniem, iż opanowywa ich odrętwienie śmiertelne, z dojmującym bólem głowy, a oddech ich z każdą nieledwie minutą stawał się trudniejszym. W takim stanie nic dziwnego, że nikt nie miał odwagi wychodzić na otwarte powietrze; skupiano się około komina, który dawał zaledwie odrobinę ciepła, a jeśli któś oddalił się od niego, uczuwał na­tychmiast coś nakształt zamarzania krwi w żyłach. Jan Cornbutte zachorował tak ciężko, iż nie mógł myśléć o podniesieniu się z łóżka. Sympto­mata, poprzedzające szkorbut, były już na nim widoczne; jego nogi pokryły się białawemi wy­rzutami. Marya czuła się zdrową i mogła oddać się staraniom około chorych, z poświęceniem się siostry miłosierdzia. To téż serca dzielnych ma­rynarzy były przepełnione dla niéj wdzięcznością i błogosławieństwy. Dzień 1 stycznia był najopłakańszym ze wszystkich dla naszych tułaczów. Wicher wył przeraźliwie, a zimno było nie do zniesienia. Nie­ podobna było wyjść na świat, aby nie zmarznąć. Najodważniejsi z marynarzy pozwolili sobie zale­dwie przechadzki po osłoniętym pokładzie okrętu. Jan Cornbutte, Gervique i Gradlin nie wstawali wcale z łóżek. Obaj Norwegczycy, Aupic i Vas­ling, których zdrowie wcale jakoś nie szwankowało, rzucali znaczące i dzikie spojrzenia na to­warzyszów, ci zaś starali się ich, o ile możności, unikać. Ludwik Cornbutte zawołał Penellana na po­most i spytał go się, co dzieje się z zapasami pa­liwa. — Węgla nie mamy już oddawna — odrzekł Bretończyk — drzewa zaś ostatnie naręcze spali­my za chwilę. — Jeżeli nie znajdziemy sposobu oparcia się zimnu, zginiemy niezawodnie. — I owszem, środek jest; — odrzekł Penel­lan — oto będziemy palić to wszystko, co da się wziąć z okrętu, bez wielkiéj dla niego szkody. Zaczniemy od parapetu, a skończymy na téj jego części, która się wznosi ponad wodą, a jeśli i to nie wystarczy, weźmiemy więcéj, byle nam zosta­ło materyału na zbudowanie mniejszego statku. — Tak, ale to środek ostateczny — zauważył Ludwik — i będziemy go mogli użyć wtedy do­piéro, gdy nasi ludzie będą zupełnie zdrowi i sil­ni. Siły ich opuszczają z dniem każdym, a tym­czasem nasi nieprzyjaciele nic dotąd nie ucierpie­li. Czy cię to nie zadziwia? — Zauważyłem to i dziwię się istotnie. Ha, każdy dzień przynosi nową groźbę; niepodobna przewidziéć, co nastąpi. — To w ręku Boga — zakończył Ludwik.­ — Weźmy się tymczasem do rąbania drzewa. Pomimo zimna, ująwszy siekiéry, narąbali ty­le drzewa z parapetu, ile można było wziąć bez szkody dla statku. Gdy wrócili z nowym zapa­sem, komin zapłonął znowu żywym i ożywczym blaskiem, a marynarze kolejno czuwali nad tém, aby go regularnie podsycać. Przyszła chwila, w któréj Ludwik Cornbutte i jego przyjaciele uczuli ostateczny prawie upa­dek sił. Ojciec Ludwika leżał w ciężkim szkor­bucie, cierpiąc okropnie; Gervique i Gradlin do­znawali jego przedwstępnych symptomatów. Gdyby nie sok cytrynowy, który im podtrzymy­wał resztę sił, nieszczęśliwi ludzie jużby z pewno­ścią nie żyli. Lecz pewnego dnia, a mianowicie 15 stycznia, gdy Ludwik Cornbutte zaszedł do składu, aby się zaopatrzyć w nowy zapas cytryn, z przerażeniem spostrzegł że baryłka, w któréj były trzymane, znikła. Pobiegł natychmiast do Penellana, aby mu udzielić téj bolesnej nowiny. Złodzieja nie trzeba było szukać, można się go było łatwo domyślić. Ludwik Cornbutte zrozumiał teraz do­brze, dlaczego to zdrowie jego nieprzyjaciół było wciąż w tak pomyślnym stanie. Ale, na nie­szczęście, przyjaciele jego nie mieli teraz dość si­ły, aby odebrać to, co wydarto im tak nikcze­mnie — to, co było jedynym środkiem utrzymania ich przy życiu. Myśl o téj bezsilności pogrążyła go w okropnej rozpaczy.
Alternative Linked Data Views: ODE     Raw Data in: CXML | CSV | RDF ( N-Triples N3/Turtle JSON XML ) | OData ( Atom JSON ) | Microdata ( JSON HTML) | JSON-LD    About   
This material is Open Knowledge   W3C Semantic Web Technology [RDF Data] Valid XHTML + RDFa
OpenLink Virtuoso version 07.20.3217, on Linux (x86_64-pc-linux-gnu), Standard Edition
Data on this page belongs to its respective rights holders.
Virtuoso Faceted Browser Copyright © 2009-2012 OpenLink Software