| abstract
| - 4 Słońce raziło mię w obojczyk prawy, A na zachodzie całym już lazury Szły w białość, z wolna gubiąc odcień bławy. 7 Ogień brał barwę ciemniejszej purpury Od mego cienia; wędrowcy pożarni Jęli poglądać na ten cud natury 10 I być zaczęło między nimi gwarniej: „Snadź jego ciało — tak mówić poczęli — Nie jest pozorne" — i z ogniowej parni 13 Niektórzy prosto ku mnie się pomknęli, Zawsze stąpając uważnie i dbale, Ażeby nie wyjść z płomiennej kąpieli. 16 „O ty, co z tyłu kroczysz opieszale, Może z szacunku dla tych, co cię wiodą, Mnie, co się w ogniu i pragnieniu palę, 19 Odpowiedz; wszystkim będzie nam osłodą: Bardziej się wieścią radujem w tym świecie Niż Etiopczyk lub Ind chłodną wodą. 22 Skąd mogłeś murem stanąć wprzek płanecie? To-ć go cielesną przysłaniasz okrywą, Jakbyś w śmiertelne jeszcze nie wpadł siecie!" 25 W te słowa ozwał się duch; ja co żywo Chciałem mu odkryć siebie i swe miano, Kiedy wtem inne zjawiło się dziwo. 28 Bo skróś płomieni buchających ścianą Śpieszył lud jakiś naprzeciw tej trzódki, Com jej źrenicą śledził zawahaną. 31 I poskoczyły z serdecznej pobudki Objęcia siebie wzajemnym uściskiem, I rade były uciesze, choć krótkiej. 34 Jak między jednym a drugim mrowiskiem Mrówka, spotkawszy mrówkę — pyszczkiem tyka, Niby pytając: „Skąd idziesz? Czy z zyskiem?", 37 Tak one; potem każda się umyka I śpieszy w drogę skwapliwa i skora, I na odchodnym każda w głos wykrzyka. 40 Jedne wołają: „Sodoma, Gomorra!", Drugie śpiewają, jak w bezecnej sprawie Chuć Pazyfay płodziła potwora. 43 A jako kluczem podwójnym żurawie, To kraje zimne lubiąc, to upalne, Lecą ku mroźnej lub ciepłej dzierżawie, 46 Tak te dwie rzesze: przez płomienie skalne Jedna się zbliża, druga precz ucieka, Ciągle zawodząc swe pienie pożalne. 49 Z pośrodka ognia, który ich przypieka, Podeszli owi, poprzód dziwem zdjęci, I stali z gestem tłumu, który czeka. 52 Więc ja, com dwakroć był świadkiem ich chęci, Zacząłem: „O wy, którzy już wnet gośćmi Wiecznego miru będziecie przyjęci, 55 Nie pozostało między świata włośćmi Mężem pomarłe lub dzieckiem w kolebce Ciało me; jest tu z krwią swoją i kośćmi. 58 W górę ja dążę, porzucając ślepce; Łaskawa dla mnie Pani mieszka w szczycie; Dla niej śmiertelną stopą kraj ten depcę. 61 Oby chęć wasza znalazła w dosycie Najwyższą Łaskę na tych niebios dworze, Które najszczersze tworzą rozpowicie. 64 Powiedzcie, niechaj w moje księgi włożę, Kto wy jesteście i kto jest ta rzesza, Co się cofnęła od nas w ognia morze?" 67 Jak się góralczyk zdumiewa i miesza, Kiedy, rzuciwszy skaliska i hale, W mieście swe oczy po pałacach wiesza, 70 Tak osłupiały w pożarnym upale, Lecz się ocknęły zaraz jasne mary, Bo w mądrym podziw trwa niedługo wcale. 73 „Szczęsny ty, który ostatecznej kary Zwiedzasz krainę — duch do mnie powieda — Ładunek wiedzy bierzesz na galary. 76 Zgrzeszyła owa wędrowna czereda, Czym zgrzeszył Cezar po zwycięstwie doma, Gdy go poddanym zwano Nikomeda, 79 Przeto odchodząc wołała: »Sodoma!« Sama się karci takowymi słowy, A skruchę iści, gdy się w ogniu sroma. 82 To-ć powiem jeszcze: grzech nasz był dwupłciowy; Skłóciliśmy się z natury zakonem, Idąc za chucią jako zwierz surowy, 85 Więc wstyd budzimy w sobie pieśni dzwonem, W której śpiewamy nazwisko tej wstrętnej, Co się zbestwiła w drewnie ubestwionem. 88 Wiesz już, jakimi znaczeniśmy piętny; Trudno by wszystkie ponazywać dusze: Ni czas pozwoli, ni jam ich pamiętny. 91 Lecz sam się tobie przecież odkryć muszę: Jam jest, masz wiedzieć, Gwido Guinizelli; Tum wszedł, bo życia kres pędziłem w skrusze". 94 Jak w Likurgowym nieszczęściu bieżeli Synowie matkę uściskać wbrew straży, Tak jam się porwał biec przeciw zgorzeli, 97 Gdy mi się nazwał i przybliżył twarzy Mój rodzic, rodzic najlepszych na ziemi, Słodkich i lubych miłosnych pieśniarzy. 100 Tak mię zachwytem ujmie i oniemi, Żem szedł i patrzał w postać lubej mary, Jeno wstrzymywan żary ogniowemi. 103 A kiedy wzrok mój napasłem bez miary, To mu oddałem służbę mą i chęci W słowach zaklęcia, co zmusza do wiary. 106 On na to: „Tak się chowa w mej pamięci Cudowność łaski, którą idziesz silny, Że mi jej woda Letejska nie zmęci. 109 Lecz mamli ufać przysiędze niemylnej, Nie taj mi, proszę: z jakiej to przyczyny Wzrokiem i mową mnie jesteś przychylny?" 112 Na to ja: „Póki śród włoskiej dziedziny Pieśń będzie żyła, twój wiersz miodopłynny Cennymi czynić będzie pergaminy". 115 „O bracie — odrzekł —jest tutaj kto inny — I wskazał palcem — bardziej godzien cześci, Bieglejszy kowacz swej mowy rodzinnej, 118 W pieśniach miłosnych, w rycerskiej powieści Przewyższył wszystkich; głupim zwać należy Tego, kto wyżej Limuzyńca mieści. 121 Taki rozgłosem, nie wartością mierzy Sztukę i nim go biegły sąd przekona, Swemu błędowi nazbyt długo wierzy. 124 Ojcowie nasi wielbili Gwittona. Aż sława jego, rozgłośna przed światem, Została gwoli większych uszczuplona. 127 Jeśliś na górę tę wstąpił bogatem W szczytny przywilej, a będziesz w klasztorze, Gdzie jest sam Chrystus zakonu opatem, 130 Zmów z Ojczenaszu tyle w Imię Boże, Ile brak jeszcze ku wiecznej pogodzie Duszy, która być kuszona nie może". 133 Potem usunął się, bywszy na przodzie, By puścić innych, i wraz śród ogniska Zapadł i zginął niby ryba w wodzie. 136 Jam jeszcze podszedł i stanąwszy z bliska Nieznajomego, rzekłem mu, że zrobię W sercu mym miejsce dla jego nazwiska. 139 A duch rozpoczął grzecznie w tym sposobie: „Taką ponętę w prośbie twojej baczę, Że się nie mogę ni chcę taić tobie. 142 Ja jestem Arnold, co śpiewam i płaczę, Przypominając swój miniony szał, Rad szczęścia dniowi, że go wnet obaczę. 145 Teraz przez Boga, co ci władzę dał Wejścia w te światy i na szczyt prowadzi, Proszę, byś w porę o mnie pomnieć chciał". 148 Tu przepadł w ogniu, którym winy gładzi.
|