| rdfs:comment
| - W powietrzu srebrna mglistość pozimowa... Tu i tam jeszcze w szczelinie głębokiej Szczypta się śniegu ostatniego chowa Jak białe pióro w ciemnych skrzydłach sroki. Sad cichy, niemy, pusty. W monotonnej Szarości ziemia, co woń ostrą szerzy, Siwobrunatna jak habit zakonny, W pokutnym półśnie umartwienia leży. Oczekiwaniem tęsknie-nudnym chora, Pręży gałęzie drzew jak owad macki, Czyli się przecknąć do życia już pora, Czy już przymrozek nie czyha z zasadzki.
|
| abstract
| - W powietrzu srebrna mglistość pozimowa... Tu i tam jeszcze w szczelinie głębokiej Szczypta się śniegu ostatniego chowa Jak białe pióro w ciemnych skrzydłach sroki. Sad cichy, niemy, pusty. W monotonnej Szarości ziemia, co woń ostrą szerzy, Siwobrunatna jak habit zakonny, W pokutnym półśnie umartwienia leży. Oczekiwaniem tęsknie-nudnym chora, Pręży gałęzie drzew jak owad macki, Czyli się przecknąć do życia już pora, Czy już przymrozek nie czyha z zasadzki. Z oddali, która głosy tłumi sennie, Jakoś inaczej niż zwykle kur pieje, Dziwnie piętrowo, wieszczo, przedwiosennie, Budząc niepokój razem i nadzieję. Jest coś przyszłego, nienarodzonego, W przestworzu, które zdaje się jak próżnia, Kędy serdeczna czczość i mdłość się lega. A zmartwychwstania wielki cud się spóźnia. Drzewa splątanych gołych koron gęstwą, Co jak szkielety stoją czarnokostne, Owiewa jakieś nieme nabożeństwo, Jakieś milczenie twarde, wielkopostne. Sad w ascetycznej zadumie śni cichy, Nagi jak z cierni wieniec Męki Pańskiej, Którą ćwierkaniem głoszą wiosny mnichy, Wróble, w szarości swojej franciszkańskiej.
|