| abstract
| - - … Coraz śmielszą i tym samym wywołującą coraz większą panikę staje się działalność zorganizowanej grupy terrorystycznej, tak zwanych “Dobroczyńców”. Ostatnie miejsca ich aktywności stanowią: Iziz na Onderonie, Eriadu oraz Mos Eisley na Tatooine. We wszystkich zaatakowanych miastach ogłoszono stan wyjątkowy. Nieznane są nam motywy organizacji ani kto jest jej mocodawcą; wywiad Republiki dołoży jednak wszelkich starań, żeby winni odpowiedzieli za swoje zbrodnie przeciwko pokojowi w galaktyce… - mówił spiker wiadomości. Prawie wszystkie kanały informacyjne w holonecie mówiły tylko o tym. Na Zewnętrznych Rubieżach galaktyki pojawiła się nowa organizacja, nazywająca siebie - o ironio - “Dobroczyńcami”. Do tej pory nie zrobili oni nic, co czyniłoby ich tymi, za kogo się podają: ktoś z nich wysadził się w samym środku stolicy Onderonu, na Eriadu zgłoszono zamach na przedstawicieli władz, w Mos Eisley zamordowano dwóch huttyjskich bossów półświatka. Nikt nic nie wie, ale każdy, kto jest przy zdrowych zmysłach, zaczyna się obawiać o własne życie. Neimodiańscy oficjele mogliby nauczyć się kilku nowych rzeczy z dziedziny paranoi. Ahasi spała spokojnie, wtulona w swoją dziewczynę. Jedną ręką trzymała ją przy sobie, podczas gdy drugą mimowolnie wodziła po jej nagim ciele. Uczucie lodowatego metalu na skórze wywołało u Mii dreszcz i ciche sapnięcie do ucha Chissanki. Obie czuły się przy sobie dobrze i bezpiecznie, zwłaszcza w takim miejscu jak środek kosmosu. Jedi otworzyła swoje krwistoczerwone oczy i uśmiechnęła się, kiedy jej spojrzenie spotkało się ze spojrzeniem Lorrdianki. Splotły palce i musnęły się wargami w delikatnym, czułym pocałunku. Nagle do ich kajuty wjechał R6-4Y, astromech Mii, który zaczął piszczeć jak spanikowany. I to by było na tyle w kwestii prywatności. Obie spojrzały na niego oskarżycielsko. - Co jest, Ray? - Okrywszy się, Mia zbliżyła się do droida, który nie przestawał nawijać w binarnym. Złapała go za głowę, by przestał się kręcić. - Hej, hej! Nadawaj wolniej, nic nie rozumiem! R6 uspokoił się i zaczął popiskiwać nieco wolniej i bardziej zrozumiale. Zarówno Ahasi, jak i Miia znały język droidów, co znacznie ułatwiało sprawę. - ::Kiedy spałyście, odebrałem transmisję od Rycerza:: - oznajmił. - Rycerza? - zdziwiła się Chissanka, wstając i zarzucając na siebie ubranie. - To jakiś twój znajomy? - Mhm, jeden z kontaktów. Nie znasz go - odpowiedziała brokerka i wróciła do droida. - No i co mówił? - ::Prosił o spotkanie w najbliższym czasie na Eadu.:: - Nigdy wcześniej nie byłam na Eadu - powiedziała Mia. Usiadła za sterami i spojrzała na Jedi. - Podobno ciężko się tam ląduje… o ile w ogóle się da. - Wprost idealne miejsce na kryjówkę, nie uważasz? - Musimy wykonać kilka skoków. Już szykuję nam trasę. Obie zapięły pasy. Ahasi popatrzyła na R6 przy gnieździe terminala. - Uruchamiam hipernapęd - oznajmiła mu. Kiedy droid pisnął z aprobatą, Chissanka zacisnęła metalowe palce na dźwigni hipernapędu i popchnęła ją do oporu. Frachtowiec na krótki moment się zatrzymał i nagle szarpnęło nim gwałtownie, aż wszystkie rzeczy, które leżały luzem, poleciały do tyłu. To był najgorszy moment podróży międzygwiezdnej, potem jednak wszystko się stabilizowało. Mia ustawiła kurs na Taris - i słusznie, bo potrzeba im było uzupełnić zapasy. Przy okazji elektronika na frachtowcu zaczęła zawodzić i koniecznie musieli znaleźć zamienniki. Ile można na okrągło coś naprawiać? Tak to jest, kiedy poprzedni właściciel twojego statku to pirat. Ahasi oparła się na fotelu i rozmasowała lewą rękę, ukrytą pod cienką warstwą materiału. Przyjrzała się swojej sztucznej dłoni, powoli złożyła ją w pięść i po chwili rozprostowała palce. Jej też się przyda przegląd. - Wszystko dobrze? - usłyszała nagle głos Mii. Popatrzyła na nią. - Myślisz nad czymś. Co jest? - Tak mnie trochę… wzięło na reflekcje. - Jedi wiedziała, że okłamanie Lorrdian graniczy z cjdem, więc nawet nie próbowała. - Nigdy ci nie mówiłam, jak straciłam rękę, prawda? - Prawda, nie mówiłaś. - Mia przyjrzała jej się tak dokładnie jak tylko się da. - Bolesne wspomnienia. - Żebyś wiedziała, jak bardzo. Może później ci opowiem, na razie nie czuję się na siłach. Brokerka posłała jej uśmiech i pogłaskała po barku. Chissanka odpowiedziała na to spleceniem z nią palców i delikatnym pocałunkiem w policzek. Właśnie tego było jej trzeba. Planeta Taris jak zwykle była pełna gwaru. Gdzie nie spojrzała Ahasi, tam widziała całe masy ludzi i innych istot. Nic dziwnego, że świat ten znany był jako Coruscant Zewnętrznych Rubieży. W czasie, gdy Mia poszła załatwić kilka spraw związanych ze swoim wątpliwym prawnie biznesem, Ahasi i R6 zajmowali się kupnem wszystkiego, co potrzebne im na statku. Najwyższy priorytet miało naturalnie paliwo. Następne w kolejce były prowiant, lekarstwa i elektronika - kolejność dowolna. Razem spokojnym krokiem szli wzdłuż Górnego Miasta, pchając wózek repulsorowy, na który mieli załadować to wszystko, a następnie przewieźć do hangaru, na pokład frachtowca. Jednocześnie patrzyli wokoło. W ogóle nie było widać po planecie - a przynajmniej po tym małym jej skrawku - że dwa tysiąclecia temu padła ona ofiarą katastrofy w postaci bombardowania orbitalnego. Wtem zatrzymała się w pół kroku. R6 spojrzał na Chissankę i zapiszczał pytająco. Zmarszczyła czoło: właśnie coś wyczuła. Spojrzała wokoło, nie wiedząc, skąd dokładnie dobiegało to uczucie. Zbyt dużo istot, by mogła to szybko wykryć; wszystkie zlewały się w jedną wielką falę życia. To jak szukanie igły w stogu siana. Ale jednak zdołała to wychwycić. Puściła wózek i ruszyła powoli w tłum. - ::A ty dokąd?!:: - usłyszała pisk astromecha. - Przekaż Mii, że wrócę trochę później! - odkrzyknęła mu i puściła się biegiem przez miasto. Ten, którego śledziła, ewidentnie posiadał męską sylwetkę, ale to tyle, jeśli chodzi o opis fizyczny. Reszty nie zdołała zobaczyć - nosił płaszcz z kapturem. Gdy zaś odwrócił głowę na sekundę, sprawdzając pewnie, czy ktoś go śledzi, dostrzegła parę czerwonych oczu oraz ludzkie rysy twarzy. Zobaczył ją i przyspieszył, przemykając pomiędzy masami mieszkańców. To sprawiło, że i Ahasi przyspieszyła w pogoni za nim. Chiss, którego goniła (była pewna, że to Chiss), wpadł jak strzała do hangaru. Jedi już ruszyła tam zaraz za nim i nagle całe wnętrze stanęło w ogniu, rozerwane przez eksplozję. Przeleciała przez wejście, osmalona i poraniona po całym ciele, i wkrótce odpłynęła, słysząc jedynie krzyki wszystkich w pobliżu, niknące powoli w nicości.
|