About: dbkwik:resource/vTUvcN1XSBIhW_o7e7oong==   Sponge Permalink

An Entity of Type : owl:Thing, within Data Space : 134.155.108.49:8890 associated with source dataset(s)

AttributesValues
rdfs:label
  • Podróż do Bieguna Północnego/I/11
rdfs:comment
  • Czynność ta jednak irytowała oddających się jej. — Mam już tego dosyć, rzekł Pen, i jeśli za trzy dni nie będzie odwilży, przysięgam Bogu że się ani ruszę do czegokolwiek. — Chcesz założyć ręce? odrzekł Plower, toć lepiej użyć ich do pracowania nad powrotem! Myślisz może, żeśmy gotowi tu zimować aż do przyszłego roku? — Smutne by to było zimowisko, rzekł Bolton, bo okręt zewsząd jest odsłonięty! — A któż zaręczy, dodał Brunton, ze na przy­szłą wiosnę morze wolniejsze będzie jak dzisiaj? — Słusznie mówi, rzekł Clifton. — Cóż, zgoda na to? zapytał Pen. — Zgoda, odpowiedzieli jego koledzy. — Już po nas!
Tytuł
  • |1
dbkwik:resource/JvmuHjXQYc_EMmq-yMXeWg==
dbkwik:resource/WglBShsp9V9mYtToH6YeZw==
  • Część I
  • Rozdział XI
dbkwik:resource/X7l0opWu667RHDeQudG4LA==
adnotacje
  • Dawny|1876 r
dbkwik:wiersze/pro...iPageUsesTemplate
Autor
  • Juliusz Verne
abstract
  • Czynność ta jednak irytowała oddających się jej. — Mam już tego dosyć, rzekł Pen, i jeśli za trzy dni nie będzie odwilży, przysięgam Bogu że się ani ruszę do czegokolwiek. — Chcesz założyć ręce? odrzekł Plower, toć lepiej użyć ich do pracowania nad powrotem! Myślisz może, żeśmy gotowi tu zimować aż do przyszłego roku? — Smutne by to było zimowisko, rzekł Bolton, bo okręt zewsząd jest odsłonięty! — A któż zaręczy, dodał Brunton, ze na przy­szłą wiosnę morze wolniejsze będzie jak dzisiaj? — Co tu gadać o przyszłej wiośnie? odezwał się Pen. Mamy dziś czwartek; jeśli do niedzieli dro­ga wolną nie będzie, to powrócimy na południe. — Słusznie mówi, rzekł Clifton. — Cóż, zgoda na to? zapytał Pen. — Zgoda, odpowiedzieli jego koledzy. — I będzie to bardzo rozumnie, dodał Waren; bo jeśli mamy jak dotąd pracować holując okręt, to lepiej go cofać. — Zobaczymy co będzie w niedzielę, rzekł Wolsten. — Tylko mi pisnąć trzeba, a zaraz kotły za­grzeję, dodał Brunton. — Toć my sami i bez rozkazu możemy podpa­lić pod niemi, zauważył Clifton. — Jeśli który z panów oficerów, rzekł Pen, zechce tu zazimować, to mu nikt nie wzbroni, zo­stawi się go w spokoju; łatwo sobie zbuduje budę ze śniegu i żyć w niej będzie mógł, jak prawdzi­wy Eskimos. — Ja się na to nie zgodzę, zawołał Brunton; nie zostawimy tu nikogo, rozumiecie mnie? Zda­je mi się zresztą, że dowódzca nie będzie się opierał; on sam bardzo już jest niespokojny, a gdy mu się przedstawi łagodnie... — To wielkie pytanie, wtrącił Plower. Shandon jest twardy i uparty niekiedy, i trzeba się zgrabnie wziąć do niego. — Za miesiąc, rzekł Bolton wzdychając smę­tnie, moglibyśmy być z powrotem w Liverpolu; przebylibyśmy prędko lody kierując się na południe. W początkach czerwca będzie wolne przejście przez cieśninę Davis’a, i już sam prąd zaniósłby nas na Atlantyk. — Mając z sobą dowódzcę i działając na jego odpowiedzialność, nie stracilibyśmy przyrzeczo­nej nam gratyfikacyi; gdybyśmy z własnej tylko chęci wrócili, mogłoby się to inaczej obrócić. — Wyborne to rozumowanie, rzekł Plover; ten dyabeł Clifton gada jak rachmistrz. Starajmy się nie wchodzić w niesnaski z temi panami z admiralicyi, bo będziemy pewniejsi rzeczy. To też nie zostawilibyśmy tu nikogo. — A jeśli oficerowie nie zechcą nas posłuchać? wtrącił Pen, chcący doprowadzić swych towarzy­szy do ostateczności. Na tak wprost postawione pytanie, nikt nie umiał odpowiedzieć. — Zobaczymy jak zrobić, gdy nadejdzie pora po temu, rzekł Bolton; wreszcie dosyć nam będzie na­mówić Shandona, a zdaje mi się, że to przyjdzie z łatwością. — Jest tu jednak ktoś, kogobym tu chętnie zo­stawił, rzekł Pen dodając grube przekleństwo — choćby mi rękę miał odgryźć! — Ah! tego psa, wtrącił Plover. — Tak, tego psa; urządzę ja go niebawem. — I słusznie, dorzucił Clifton, wracający do swego ulubionego przedmiotu; jestem pewny że ten pies jest przyczyną wszystkich naszych nieszczęść. — Zadał nam urok, rzekł Plover. — Wprowadził nas na tę ławicę lodu, dorzucił Gripper. — Nagromadził na naszą drogę, wtrącił Wolsten, więcej lodów niż ich tu widziano dawniej kiedykolwiek. — Moja choroba oczu, to jego robota, dodał Brunton. — On winien, że nie dają nam dżynu ani wód­ki, rzekł Pen. — On sprawcą jest wszystkiego złego, wołali wszyscy, ani myśląc poskromić swą wyobraźnię. — Nie trzeba zapominać, że w nim siedzi kapi­tan, zauważył Clifton. — Ah! kapitanie nieszczęścia! wołał Pen, pod­żegając własnemi wyrazami swą bezmyślną wście­kłość; chciałeś przyjść tuta], to i zostaniesz! — Ale jak go pochwycie? zapytał Plover. — Sposobność jest wyborna, odpowiedział Clifton; dowódcy niema na pokładzie, jego zastępca śpi w swej kajucie, a Johnson nic nie spostrzeże bo mgła jest gruba.... — Ale sam pies! rzekł Pen. — Śpi w tej chwili przy składzie węgla, odpowiedział Clifton; i gdyby który z was... — Ja się nim zajmę, krzyknął Pen wściekle. — Strzeż się Pen! ma on zęby, któremiby prze­gryzł sztabę żelaza. — Niech się ruszy, a kałdun mu rozpłatam, za­wołał Pen porywając za nóż. — I poskoczył pod pomost, a za nim posunął się Waren gotów mu pomagać. Wrócili wkrótce oba dźwigając na rękach zwie­rzę z okrępowanym pyskiem i łapami silnie związanemi, zeszli go śpiącego i biedne psisko nie mo­gło się im wymknąć. — Wiwat Pen! zawołał Plover. — A cóż teraz z nim zrobisz? zapytał Clifton. — Utopię go, odrzekł Pen z okropnym śmiechem zadowolnienia — zobaczymy czy powróci. O paręset kroków od okrętu był otwór okrągła­wy, wyżłobiony zębami foki z wewnątrz na ze­wnątrz i utrzymywany ciągle przez to zwierzę w takim stanie, żeby mogło nim wyjść na powierz­chnię lodu, dla oddychania. Czuwa ono nad te m, żeby podczas pobytu jego na lodzie otwór nie za­marzł; szczęka bowiem jego tak jest zbudowana, że z wierzchu gryźć nie może — zatem w chwili niebezpieczeństwa nie miałoby którędy uciekać. File:'The English at the Noth Pole' by Riou and Montaut 055.jpg Do tegoto otworu podążyli Pen i Waren, i wrzu­cili weń psa, mimo energicznego z jego strony oporu; potem zawalili otwór wielką taflą lodu, przez co zamurowali niejako psa w płynnem jego więzieniu. — Szczęśliwej podróży kapitanie! zawołał bru­talski majtek. W parę chwil potem byli już na okręcie, na któ­ry gęsta mgła zapadła. Johnson nie mógł widzieć tej operacyi, tem mniej że i śnieg zaczął sypać. W godzinę potem, powrócił do statku Ryszard Shandon z towarzyszami. Shandon zauważył przejście w kierunku półno­cno-wschodnim, i postanowił skorzystać z niego. Wydał odpowiednie rozkazy, a osada spełniła je z pewną skwapliwością. Chciała dać poznać do­wódzcy że niepodobna posuwać się dalej, a wresz­cie powiedziała sobie, że mu jeszcze trzy dni bę­dzie posłuszna. Część nocy i dnia następnego gor­liwie piłowano lody i holowano statek, a Forward posunął się o dwie mile blisko ku północy. Dnia 18-go dotarł bardzo blisko do lądu pod górę z ostrym szczytem, któremu osobliwy jego kształt pozyskał nazwę Palca dyabelskiego. W tem samem miejscu w r. 1851 okręt Prince Albert, a w r. 1853 Advance pod kapitanem Kane, zatrzymane były po kilka tygodni między lodami. File:'The English at the Noth Pole' by Riou and Montaut 056.jpg Dziwaczny kształt Palca dyabelskiego, okolica pusta i martwa, rozległe łańcuchy gór lodowych wyższych niekiedy nad trzysta stóp, trzeszczenie lodów przerażające, odbrzmiewające szerokiem echem, — wszystko to czyniło nader smutnem poło­żenie Forwarda. Shandon pojmował, że należało koniecznie wydobyć stamtąd okręt i poprowadzić go dalej. Pracując jak pracowano poprzednio, po­sunięto się w dwadzieścia cztery godzin jeszcze o dwie mile. Ale to mało jeszcze znaczyło. Obawa opanowała dowódzcę statku, a fałszywe jego położenie odbierało mu energię. Stosując się do instrukcyi żądającej by się ciągle naprzód posuwał, przywiódł okręt do nader niebezpiecznego położenia. Holowanie wyczerpało siły osady; dla wyro­bienia kanału szerokiego na stóp dwadzieścia w lodzie, zwykle na cztery lub pięć stóp grubym­ — potrzeba było przeszło trzy godziny usilnej pracy; zdrowie ludzi było silnie zagrożone. Shandon dzi­wił się ich milczeniu i niezwykłemu poświęceniu, ale się:obawiał, aby ta cisza nie zapowiadała wybu­chu bliskiej burzy. Możecie więc zrozumieć jak w takich okoliczno­ściach boleśnie został uderzony odkryciem, że w sku­tek powolnego i niedającego się czuć ruchu pola lodowego, nocą z 18-go na 19-y Forward stracił co za cenę tylu wysileń zdobyto dla niego; rano w so­botę znalazł się znów przy Palcu dyabelskim, zawsze groźnie wzniesionym; położenie pogorszyło się nawet: góry lodowe mnożyły się, ukazywały się i znikały we mgle jak widziadła. Shandon stracił zupełnie głowę; serce tego nie­ustraszonego dotąd człowieka przejęte zostało trwogą, równie jak i umysły jego podwładnych. Dowiedział się on o zniknięciu psa, ale nieśmiał ukarać winnych, z obawy wywołania buntu. Przez cały dzień stan atmosfery był okropny; zawieja śniegowa wirowała nieustannie i otaczała bryg nieprzejrzaną zasłoną; a jeśli chwilowo rozjaśniło się w skutek rozszalałego wichru, to oko z przerażeniem dostrzegało, ów Palec dyabelski gro­źnie stojący na brzegu. Nie było co robić na okrę­cie przyczepionym za kotwicę do płaszczyzny lo­dowej; ciemność powstała taka, że człowiek stoją­cy u rudla nie mógł widzieć oficera służbowego, którym był w tej chwili Wall, stojącego z przodu okrętu. Shandon pożerany ciągłym niepokojem oddalił się do swej kajuty; doktór porządkował swe po­dróżne notaty; jedna połowa załogi była na pokładzie, druga w sali wspólnej. File:'The English at the Noth Pole' by Riou and Montaut 057.jpg W chwili gdy huragan zdwoił swą gwałto­wność, zdawało się, że Palec dyabelski wzrósł nie­słychanie wśród mgły rozdartej. — Wielki Boże! krzyknął Simpson cofając się z przestrachu. Ze wszech stron podniósł się okrzyk. — Zdruzgocze nas! — Jesteśmy zgubieni! — Panie Wall, panie Wall! — Już po nas! — Komendancie, komendancie! Okrzyki te wydawali ludzie będący na służbie. Wall poskoczył na tył okrętu. Shandon i doktór wybiegli na pokład i patrzyli. W śród mgły na pół roztwartej zdawało się, że Palec dyabelski zbliżył się do okrętu, i że wzrósł niesłychanie; na wierzchołku jego stał drugi Palec dyabelski, pod­stawą w górę wzniesiony i obracał się na swym końcu. Ogromna ta massa chwiała się, gotowa ru­nąć i zmiażdżyć okręt. Przerażający to był widok. Każdy cofnął się bezwiednie, a wielu majtków opuściło okręt by się na lodzie chronić od groźne­go zjawiska. — Stać wszyscy! zawołał dowódca surowym głosem; na swoje miejsca! — Nie lękajcie się przyjaciele, rzekł doktór, nic w tem niema strasznego. Jestto poprostu złudze­nie wzroku i nic innego. — Masz pan słuszność panie Clawbonny, ode­zwał się Johnson; nieuki te zlękli się cienia. Niektórzy z majtków nabrawszy otuchy po sło­wach doktora, posunęli się na przód okrętu, a prze­chodząc z przestrachu do zadziwienia, przyglądali się zjawisku, które niedługo znikło. — Oni to nazywają, złudzeniem wzroku, rzekł Clifton; a ja wam powiadam, że to dyabelska sztuczka. — Najniezawodniej! odparł Gripper. Przez mgłę roztwartą dojrzał Shandon ogromne wolne od lodów przejście, którego się ani domy­ślał. Można było oddalić się niem od lądu, i po­stanowił skorzystać z tego co prędzej; ludzie ustawili się po bokach tego kanału i za liny podane so­bie ciągnęli statek ku północy. Długo spełniano tę pracę gorliwie ale w milcze­niu. Shandon, żeby korzystać jak najśpieszniej z tego przejścia tak niespodzianie odkrytego, ka­zał zapalić pod kotłem machiny parowej. — To jest prawdziwa dla nas łaska Opatrzności, ten kanał, rzekł do Johnsona; jeśli się nim o kilka mil posuniemy, to może skończą się nasze strapienia. Podniecaj ogień, panie Brunton; dasz mi znać gdy ciśnienie pary będzie dostateczne. A wy przyjaciele zdwójcie tymczasem siły, skorzystamy na tem. Pilno im oddalić się od tego Palca dyabelskiego; usposobienie to ich, w porę nam bardzo przychodzi. W tem posuwanie się brygu nagle przerwane zostało. — Co to jest? zapytał Shandon; panie Wall, czy się liny zerwały? — Nie zerwały się odparł Wall , przechylając się przez poręcz. A oto nasi ludzie uciekają, wdzie­rają się na okręt, zdają się być straszliwie czemś przerażeni. Shandon poskoczył na przód statku. — Na pokład, na pokład! krzyczeli uciekający, głosem znamionującym najwyższą trwogę. File:'The English at the Noth Pole' by Riou and Montaut 058.jpg Shandon spojrzał w stronę północną i zadrżał mimowolnie. Dziwne jakieś zwierzę, przerażające swemi ruchami z dymiącym ozorem wywieszonym z ogromnej paszczy, pędziło ku okrętowi. Wyso­kie było na jakie dwadzieścia stóp; włos jego był najeżony. Ścigało majtków za ich biegiem, a strasz­liwy jego ogon, długi na stóp dziesięć, pomiatał śnieg i tumany jego podnosił. Widok tego potwo­ru, najodważniejszych zmroził przestrachem. — Ogromny niedźwiedź! wołał ktoś. — To lew Apokalypsy! krzyczał drugi. Shandon pobiegł po swoją fuzyę zawsze nabitą, a doktór także przygotował się do dania ognia do tego potworu, przypominającego zwierzęta przedpotopowe. Zbliżało się w olbrzymich poskokach; Shandon i doktór razem dali ognia, a ich strzały wstrząsając warstwy powietrza, niespodziewany sprawiły skutek. Doktór spojrzał uważnie i nie mógł wstrzymać się od śmiechu. — Znów złudzenie oka, refrakcya! — Refrakcya! powtórzył Shandon. — Pies! za wołał Clifton. — Pies-kapitan! wrzeszczeli inni. — On, i zawsze on! krzyczał Pen. Istotnie, byłto pies, który pod lodem zdołał się uwolnić od swych więzów i wypłynął na powierzchnię przez jakąś rozpadlinę. Łamanie się promie­ni, zdarzające się bardzo często w tamtych okoli­cach, nadało mu przerażające rozmiary, które zni­kły po wstrząśnieniu powietrza strzałami. Nie­mniej jednak majtkowie, nie przygotowani do zrozumienia naukowego wykładu tego zjawiska, zo­stali pod wpływem dziwnego wrażenia. Wypadek z Palcem dyabelskim, zjawienie się znów psa w okolicznościach fantastycznych, dokonały mo­ralnego obłędu załogi, i szemranie wybuchnęło.
Alternative Linked Data Views: ODE     Raw Data in: CXML | CSV | RDF ( N-Triples N3/Turtle JSON XML ) | OData ( Atom JSON ) | Microdata ( JSON HTML) | JSON-LD    About   
This material is Open Knowledge   W3C Semantic Web Technology [RDF Data] Valid XHTML + RDFa
OpenLink Virtuoso version 07.20.3217, on Linux (x86_64-pc-linux-gnu), Standard Edition
Data on this page belongs to its respective rights holders.
Virtuoso Faceted Browser Copyright © 2009-2012 OpenLink Software